|
z Miasta Gwarków do Wietrznego Miasta!
poniedziałek, 21 maja 2012
NATO w Chicago
dzisiaj, w niedzielę - bo tutaj jeszcze niedziela - w Chicago rozpoczął się 2-dniowy szczyt NATO. malkontenci oczywiście mówia, że to nic nie warte i bla bla bla... kogo jednak nie ma naszczycie, ten się nie liczy. taka prawda. chodzi tu zarówno o polityków jak i media. ciekawe rzeczy dzieją się też "dookoła" szczytu. Sama impreza odbywa się w McCormick Place, trochę na obrzeżach miasta, nad samym niemal jeziorem. To końcówka downtown i Loop. trochę utrudnia to komuniakację w samym downtown i Loop, bo wiele ulic - w tym biegnąca brzegiem Lake Shore Drive - pozostają zamknięte, albo zajęte przez protestantów. Wokól samego McCormick jest wyznaczona zamknięta strefa, gzie dostęp maja tylko mieszkańcy, którzy udowodnią, że tam mieszkają i służby miejskie. Może to wygląda na jakieś wariactwo z bezpieczeństwem, ale na szczyt przyjechało sporo prezydentów i premierów z całego świata i nie ma się co dziwić, że w Chicago nie chcą mieć w związku z tym żadnej afery i przykrych zdarzeń. Jak na razie udaje się tego uniknąć. Mimo, że do miasta od połowy ubiegłego tygodnia przeciwnicy NATO zjeżdżali się autokarami nawet z takich odległych zakątków, jak Kalifornia! Protesty odbywały się w Chicago już od środy. Głównie w okolicach Daley Plaza w downtown. Protestowały m.in. pielęgniarki. Kulminacja jednak przypada na dni szczytu - dziś, w niedzielę i jutro - w poniedziałek. Mimo, że w mieście ostrzegano od dawna przed możliwymi konsekwencjami tych protestów, to raczej z tego, co zauważyłam, mała ilośc "biznesów" na trasie downtown-McCormick zdecydowała się na przykład zabić dechami okna wystawowe.I z tego co widziałam dziś, idąc z protestującymi, to była to słuszna decyzja. Przynajmniej dziś. Zobaczymy jak będzie jutro. Dziś zaczęło się już rano w Grant parku, gdzie przy Petrilo Shell zebrali się uczestnicy protestu. Początkowo mieli wyruszyć o 12 w południe pod McCormick, ale sprawa się trochę przeciągnęła i wyruszyli koło 2 po południu. Najbardziej w kość wszystkim dała dziś pogoda. Z nieba lał się zar. Widziałam, że na jednym z budynk,ów termometr pokazał 95F. Było na prawdę gorąco. Ale tych kilka tysięcy maszerowało. Otoczeni kordonem policji, z dwóch stron. Na czele protestu szedł Jesse Jackson. Gdzieś na chwilę na czoło pochodu podbiegł mężczyzna, któremu się Jackson nie spodobał, ale szybko wykrzyczał, co miał do wykrzyczenia i poszedł sobie.Poza tym żadnych incydwntów nie było. Wszyscy szli wyznaczoną trasą. Wznosili okrzyki, czasami śpiewali, czasami grali... tylko ten upał. Pierwszy raz widziałam też taką ilośc policji w Chicago. I to wszyscy w mundurach policji miejskiej.Parę gości w stanowych. Ale 90 % z Chicago. Dużo. Bardzo dużo. Konwojowali cały ten orszak. Było mi ich trochę żal. W tych mundurach, kamizelkach kuloodpornych w tym upale... Mi samej upał dał w kość. Dobrze, że wzięłam ze sobą czapkę z daszkiem. Bez tego jak nic bym tampadła z jakimś udarem. No i ratował mnie gatorade. dwie butle wypite tam i teraz dwie w domu, kiedy próbuję dojśc do siebie... głowa i tak mnie boli, ale myślę, że bardziej ze zmęczenia. Doszłam z protestującymi z Grant Parku aż do McCormick. Prawie. Tam niestety trzeba było zawrócić. Ale to akurat dobrze. Upał nieźle mnie wykończył. Czekał mnie jeszcze dość kawałek na piechotę do kolejki... bo strefa przy McCormick zamknięta i komunikacja tam nie jeździła. Oj... nogi to mnie jeszcze teraz tak bolą... Oglądałam relację ABC 7 Chicago. Po oficjalnym zakończeniu protestu pozostała tam jeszcze grupa,która sprowokowała policję, do uzycia pałek. No cóz - na takie "imprezy" przychodzą rózni ludzi. Także tacy, którzy chcą się pobić. Nie da się uniknąć. Ale i tak po dzisiejszym dniu wygląda to nie najgorzej. Zobaczymy jak będzie jutro. Tymczasem czas się zabierać za robotę, niestety. Zdjęcia do zobaczenia na FB - tutaj.
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
rozczarowanie Chylińską
normalnie nie chodze na polskie imprezy w Chicago. bo zawsze wydana na bilety kasa jest zmarnowana. do tej pory może na dwóch imprezach nie żałowałam, że byłam i kupiłam bilet... nie przepadam też za Agnieszką Chylińska, chociaż jak gdzieś w radiu grają jej piosenkę, to nie wyłączam. no i w ubiegły weekend Chylińska zawitała do Chicago na dwa koncerty. normalnie pominełabym to w swoich weekendowych planach, ale Tereska sie uparła, że jak jest koncert w piątek, to ona ma wolne i idziemy, bo nigdzie nie chodzi... próbowałam jej wybić z głowy, ale sie nie dało. kupiłyśmy więc bilety wydając po $30 na "łebka". na dodatek w piatek było zimno... to już powinno zniechęcić. ale nie Tereskę. cała impreza miała się rozpocząć o 7pm. Dotarłyśmy na miejsce przed 7 i zgodnie skierowałysmy kroki do Dunkin Donuts. Bardzo rzadko imprezy rozpoczynają się o czasie... w DD jakos długo nie posiedziałyśmy, bo towarzystwo, które było na "dokładkę" jakies takie było, że mu się śpieszyło (nie wiedzieć na co)... nieważne. w każdym razie o 7.30pm byłyśmy z powrotem w Copernicus Center. a tam na scenie "rozgrzewał" publikę jakiś DJ Bartek... no porażka. gościu puszczający marne przeróbki z komputera, co akurat mało kogo chyba interesowało. Już bardziej się publika rozgrzewała w barze w lobby... SMS-owałam z kolegą, który robił foty tego dnia i sterczał gdzieś tam pod sceną - za kulisami, i z jego info wynikało, że Chylińska jak dobrze pójdzie to na scenie pojawi się o 8.30pm...Więc nie wiem po co się było z tego DD śpieszyć... Gdzięś tak koło 8pm ten DJ na scenie poinformował, że rzeczywiście Chylińska to może sie pojawi o 8.30 a może nawet o 9pm.... no ludzie się wkurwili. Ile można pić w barze. Półtorej godziny opóźnienia, a w dodatku zero informacji od organizatorów, to już przesada. Jakoś tak o 8pm wyszła na scenę kobieta z Copernicusa i powiedziała, że to opóźnienie, to nie ich wina, tylko organizatora. W tym momencie na scenę wkroczył Pan Organizator - jak się okazało brat Chylińskiej - i z pretensjami do ludzi na widowni, że jest piątek, że są korki i o co w ogóle to niezadowolenie - a wszystko przetykane słowami "kurwa" - w stylu: "no kurwa piątek jest".... kultura,co... generalnie to ja bym wyszła w tym momencie mając w 4-literach cały ten koncert. Ale Tereska - nie, czekamy. Poza tym pilnowałam koledze od fot plecaka ze sprzętem, bo nawet nie miał gdzie zostawić... Ale reszta publiczności już tak spokojna nie była jak my. Ludzie generalnie zaczęli krzyczeć do tego na scenie, że ma się z niej zabierać z tymi swoimi tekstami - tym bardziej, że na widowni były dzieci!. No i dało się też słyszeć hasła, żeby oddał kasę za bilety... W końcu ktoś go ściągnął ze sceny. Generalnie to Pan Organizator mieszkający w Chicago nie przewidział, że w piątek mogą być korki i trzeba szybciej wyjechać, żeby zdążyć na koncert.... no gratulujemy normalnie. Ale to jeszcze nie był hit wieczoru. Bo po nim na scenę wróciła pani z Copernicusa i powiedziała, że teraz wszyscy mają duży discount na napoje alkoholowe w barze... Ludzie na prawdę się wkurwili. Przecież pszyszli tam na koncert. Łaskawie Agnieszka Chylińska wyszła na scenę po 8pm. Zagrała średnio.Tylko materiał ze swojej ostatniej płyty. Dość monotonne odtwarzanie piosenki za piosenką, przetykane jakimiś wypowiadanymi przez nią tekstami ze sceny, plus 3 covery. Nudno. Całość skończyła się po niecałej godzinie. Generalnie szkoda $30 wydanych na bilet, co tylko potwierdza moją teorię. Na prawdę wolę DARMOWE koncerty w Parku Milenijnym na przykład, które są o wiele ciekawsze i organizacyjnie stoją na o wiele wyższym poziomie... Poniżej foto kolegi, bo ja zdjęć nie robiłam - jakby ktoś chciał zobaczyć Chylińską, która się przefarbowała na blond.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Dzień Ziemi
Jakoś nigdy nie trafiłam do Shedd Aquarium. Tyle razy juz tam byłam w okolicy. Ale zazwyczaj jak chciałam wejśc do środka, to kolejka i nie chciało mi się stać. Więc ciągle jakoś odkładane na potem. No i dziś się trafiło, że udało się wejść. Dan Rutherford, zaprzyjaxniony skarbnik stanu Illinois, przysłał info, że w ramach obchodów Dnia Ziemi będzie nurkował w głównym akwarium i czyścił je z innymi nurkami z Shedd. no to brzmiało ciekawie. Dlatego mój budzik zadzwonił dziś po 7am. (w niedzielę! ;) ale warto było. Pogoda tylko dziś wietrzna. Na szczęście wyszło słońce i nawet ten wiatr nie przeszkadzał. Tyle, że Shedd połozone jest nad jeziorem, a tam wiało... Chciałam nawet już po wyjściu z Shedd przejść się do Parku Milenijnego brzegiem Michigan, ale za bardzo wiało. Poszłam przez Grant Park. Ale do rzeczy. Rzecz miała być bowiem o Shedd i Skarbniku. No więc po raz pierwszy widziałam Skarbnika Stanowego w kombinezionie płetwonurka, który sobie pływa w wielkim akwarium. Widok całkiem niezły, trzeba przyznać :) A już na pewno bardzo oryginalny pomysł na świętowanie Dnia Ziemi. Przy okazji FOTO z którym byłam pokazało mi ryby i pingwiny - i jeszcze sporo info o nich przekazało... Więc pracowita niedziela całkiem miła :) Światło tylko było takie w tym akwarium, że szkoda gadać. Dlatego moje foty są jakie są. Ale lepsze w sumie takie niż żadne, co nie?! Po wynurzeniu z tej rafy karaibskiej, Skarbnik pofatygował się do mediów, żeby opowiedzieć jak było. A przy okazji wspomniał, że rekiny w Shedd są o wiele łagodniejsze, niż te polityczne w Sprigfield :) to chyba tyle na razie. Nieco później dołożę jeszcze pingwiny i trochę rybek. Ale to już całkiem inna "bajka" z dziś... a do Shedd na pewno kiedyś jeszcze wrócę! święta, święta i po świętach...
kto w ogóle pamięta, że były ;) a ja jeszcze nie zdążyłam napisać o niespodziewanej świątecznej - prawie- wizycie w Lansing w stanie Michigan. to stolica MI - i kolejny capitol zaliczony. a wszystko dlatego, że nagle Panu Prezesowi wypadła wizyta w niejakim Jackson i okazało się, że z tego Jackson jest tylko 30 mil do Lansing. no to żal było nie pojechać. I tym oto sposobem Wielka Sobota zamieniła sie nam w Wycieczkową Sobotę. Jackson to nie jest jakaś wielka mieścina, więc raczej się tam na długo nie zatrzymaliśmy. ale po sprawdzeniu mapy okazało się, że pora jeszcze dobra i niedaleko do Lansing, stolicy stanu Michigan. No to wykorzystaliśmy ten fakt. Głównie, żeby zobaczyć stanowy capitol. To drugi w mojej kolekcji - po Springfield. A prezentuje się tak: A tutaj trochę więcej fot:
Lansing było raczej spokojne o tej porze w tę sobotę. Nie ma się co dziwić. To chyba jakaś tradycja, że capitol jest zawsze w stolicy stanu, która to akurat do metropolii nie należy. Stolicą Illinois jest przecież Springfield, które rozmiarem mogłoby zamknąć się w jednej dzielnicy Chicago, myślę. Ale może o to chodzi, żeby było spokojnie. No i z Lansing wyjechaliśmy nie na autostradę, tylko część drogi pokonując przez okoliczne miasteczka. Z autostrady wiadomo, że mało co widać. A trzeba przyznać, że miasteczka w Michigan są urokliwe. Sama zakochałam się w mieścinie, która zwie się Lake Odessa. Mam zamiar tam wrócic na dłużej :) No i przez te objazdowe wycieczki była w domu po 1am. ale nie żałuję. Żeby tylko kiedys było więcej czasu, żeby pojechać w to Michigan na dłużej...
sobota, 07 kwietnia 2012
święta...
J. wyciągnął mnie dziś do kościoła. w Wielki Piątek jeszcze tu nie byłam nigdy w kościele. wróciłam późno z pracy, w której cały tydzień był niezły zamęt i jedyne co dziś wieczorem miałam na myśli, to było : położyć się spać! poszłam jeszcze na szybkie zakupy, żeby darować sobie sobotnio-poranny tłok świąteczny. i nawet mi się te zakupy udały, bo nabyłam kiełbaskę do koszyczka na jutro, chlebek, szynkę małą, którą też poświęce i nawet to 'zielone"... nie pamiętam jak się ta roślinka nazywa... eh... kolejek też za bardzo nie było wieczorem. więc wróciłam do domu w miarę nie zmęczona jeszcze bardziej. ale J. chciał do tego kościoła. w sumie - czemu nie. to pojechaliśmy. gdzieś tak po 11pm załapaliśmy się na nocne czuwanie przy grobie Jezusa u św. Ferdynanda. nie posiedzieliśmy tam długo. ale wystarczy i to. tak lubię. kiedy nie ma tłumów, można usiąść, pomyśleć, pomodlić się... przy grobie u Ferdynanda też akurat wartę trzymali chicagowscy policjanci. ciekawy widok. a teraz pora spać. jutro pracowity dzień. na razie tylko zdjęcia z czuwania u Ferdynanda.
niedziela, 01 kwietnia 2012
tyle tyle dookoła ;)
gdzieś byłam jak mnie tu nie było. ciężko pozbierać to wszystko w całość i wreszcie zmobilizować się do pisania. szczególnie jak człowiek spędza prawie 12 godzin codziennie przed kompem, to już na prawdę marzy tylko o tym, żeby tego kompa wyłaczyć a nie bloga pisać.... mimo, że mój blog ostatnio taki porzucony trochę, to jednak go całkowicie nie zostawię. może jeszcze ktoś tu zajrzy :) no to trochę podgonimy czas :) na "chwilę" w Chicago zrobiło się lato. Gdzieś tak w drugiej połowie marca temperatury podskoczyły nagle w granicach 90F!!! z leksza szok. mimo, że zimy tak do końca nie było. więc w momencie drzewa, krzaczki i inne oszalały. i tak w okolicach 20 marca przekwitły magnolie, zakwitły drzewa, pokazały się tulipany... a zaraz potem temperatura wróciła do normy i jest zimno. i trochę się boję o te kwitnące drzewa i kwiatki...
w nocy z 10 na 11 marca zmieniliśmy czas na letni. co kompletnie mi umknęło i niestety w niedzielę - 11 marca - nie dojechałam na paradę irlandzką na południu miasta...ale byłam zła na siebie... na szczęscie w trakcie spóźnionej o godzinę podróży na południe chicago, jeszcze na północy dopadli mnie Andy i Aga i zamiast parady miałam świetne śniadanie w Uptown w świetnym towarzystwie :) a potem jeszcze spacer nad Jeziorem Michigan. a było pięknie! i ciepło!!! przy okazji wizyty tam miałam wspomnieniową krótką wycieczkę w okolicach Truman College, gdzie chodziłam na angielski, a teraz zapisałam się na kursy online z grafiki, bo już nie ma czasu jeździć tam... ale okolica zrobiła się o wiele milsza, niż była w 2004 roku :) to jest Truman College: a stamtąd już tylko rzut beretem nad jezioro. poszłam sobie na plażę. siedziałam na piasku i było pięknie :) mniej więcej tak: aż się nie chciało jechać do domu... w poniedziałek za to się nieco ochłodziło i zachmurzyło. tak wyglądała droga do downtown w porze tuż przed lunchem: powodem wycieczki była wizyta w kwaterze głównej Republikanów, bo zbliżały się prawybory w Illinois. nie będę ukrywać, że dla mnie powodem było to, iż zaprosił tam nas Dan Rutherford. za Republikanami nie przepadam. w ogóle za polityka jakoś mało. ale Dan Rutherford jest osobą, której nie da się nie lubić. więc się stawiliśmy - ja i Prezes :) konferencję zorganizowano w ciasnym pomieszczeniu. byłam za to pod wrażeniem, jak dziennikarka sieci NBC, obok której sobie siedziaam, szybko potrafiła wklepywać smsy na swoim blackberry i prawie cała konferencję streściła smsami.... a nie miała lat 20 tylko zdecydowanie więcej! szacunek! bo te klawisze w blackberry takie maleńkie... ale przy okazji po zakończeniu konferencji zdążyłam sobie nieco zwiedzić to miejsce. mają tam kilka ciekawych pamiątek ;)
Wprawdzie nie udało mi się wtedy w niedzielę dotrzeć na South Side Irish Parade, ale dotarłam na coroczne barwienie rzeki Chicago na zielono do chicagowskiego downtown. i to w miłym towarzystwie :) to było bardzo gorące i bardzo udane przedpołudnie. akurat 17 marca wypadł w sobotę i po raz pierwszy było ciepło!!! bardzo ciepło! szok normalnie. w tym roku też dzięki akredytacji udało się wejść bardzo blisko gości, którzy barwią rzekę. i to było super doświadczenie. barwnik przez nich używany jest intensywnie pomarańczowy, a rzekę zabarwia na idealnie zielony kolor. co w słońcu, które w tym roku dopisało, wygląda niesamowicie pięknie. to był zresztą bardzo pracowity weekend. bo w niedzielę okazało się, że trafiła mi się wycieczka na wiec wyborczy Mitta Romney.... bardziej od tego, co tam gadali skoncentrowałam się na podglądaniu mediów ;) i na przkład wiem, że dziennikarze ogólnokrajowej tv potrafią jedną ręka pisać korespondencje, a drugą sprawdzać w tym czasie Facebooka i wyniki meczów na ESPN ;) ale to jeszcze nic wobec tego, co zaobserwowałam kilka dni później w Schaumburgu, co mnie nieco przeraziło.... ale o tym za chwilę. w Vernon Hills to wyglądało tak: Na fotach na drabinie jest Artur, nasze foto. to historyczna fota ;) Żeby już skończyć temat Mitta Romney, to we wtorek, 13 marca odbyły się w Illinois prawybory. główna impreza Republikanów popierających Mitta Romney była w hotelu w Schaumburgu. od zaprzyjaźnionego fotoreportera wiem, że media o miejsca na specjalnym podeście tam walczyły już od 1 po południu. kiedy Mitt Romney pojawił się po 8pm. nieźle co... w Schaumburgu stawiły się wszystkie ogólnokrajowe media, na czele z CNN'em,które zawsze na żywo robi niezłe wrażenie. ponieważ trafiłam do boksu dla mediów i nie chcieli mnie już stamtąd wypuścić, to się poprzyglądałam co inni robią :) i tu mnie właśnie przeraziła jedna rzecz. stałam obok podestu dla foto, takiego z boku, trochę od tego głównego. ale ten boczny też był zapchany. i koleś obok którego stałam robił zdjęcia. nie wiem dla kogo. ale miał trzy aparaty na statywach każdy. zmieniał tylko aparaty. wyglądało to tak, że lewą ręką robił zdjęcia, a prawą w tym samym czasie przeglądał zdjęcia z karty wyciągniętej z innego aparatu w laptopie i od razu je wysyłał... podziwiam jego sprawność. ale generalnie to chore. teraz jednak liczy się czas i kto pierwszy, bo wiadomo - do internetu idzie od razu. Tak więc z 2008 roku mam wejściówkę z HQ Baracka Obamy, a z 2012 - z HQ Mitta Romney.... widać wszystko trzeba w życiu przeżyć ;) choć wejście "do Obamy" było bardziej dramatyczne i lepsza była z tego historia. a do Romney'a - przyszłam, pokazałam akredytacje i weszłam... ale dość polityki. bo generalnie te wszystkie wiece są męczące. w takim Vernon Hills na przykład temperatura na tej sali, gdzie było to spotkanie dochodziła prawie do 100F chyba. strasznie duszno i ciepło tam było, a do spędzenia było przynajmniej ze trzy godziny tam :( dla równowagi chyba teraz zrobiło się zimno. bardzo zimno. może w następnym poście napiszę o moim nowym koledze z pracy, który jest Czechem z pochodzenia, zabawnie mówi po polsku i w ogóle potwierdza regułę, że Czesi to wyluzowany naród z poczuciem humoru :) ale to chyba do następnego ;) dziś mi zdecydowanie wystarczy stukania w klawiaturę. --- a!!! jeden jeszcze ważny news. zostałam ponownie ciocią! mój "Starszy Brat" dorobił się super córeczki :) jeszcze się nie poznałyśmy na żywo ale wszystko wkrótce przed nami :)
poniedziałek, 05 marca 2012
no i dopadło mnie też...
choróbsko. zima jaka jest - każdy w chicago widzi. w zasadzie nijaka. ani to zima, ani wiosna ani nie wiadomo co. wszyscy ciągle chorzy. a ja zakupiłam sobie Echinaceę we wrześniu i łykam i się chwalę, że nic mnie nie dopada.no, chwaliłam się... w ubiegły poniedziałek musiałam pojechać wieczorem do Loop. wiało. czułam jak wiało zimnem. no i coś mi z tym wiatrem przywiało. od wtorku było tylko gorzej i gorzej. a kumulacja przypadła na piątek, kiedy to musiałam rano pojechać do Hyde Park'u, taka dzielnica nad jeziorem, na południu chicago. podróżowanie dwoma autobusami i pociągiem z gorączką nie jest najlepszym wyjściem. ale co zrobić. miałam o 9.30 ważne spotkanie, na które czekałam od października! najlepsza jazda była w autobusie z downtown do hyde parku. najpierw poszłam w przeciwnym kierunku. autobus, który potrzebowałam, to taka nieco przyśpieszona linii i nie na wszystkich przystankach staje. więc miała dodatkowy spacer w wietrznym i zimnym o 9 rano downtown... ale w końcu wsiadłam do "1". za kierownicą starszy murzyn. pytam się go, czy jedzie do 3510 S. Michigan - z mapy wynikało, że jedzie, ale ja tam wolę się zawsze upewnić. gościu mówi, że tak. no to ja zadowolona siadam. i jedziemy. poza mną w autobusie może ze 3 osoby jeszcze. o tej porze to większość raczej w odwortnym kierunku jedzie... no więc jedziemy sobie i jedziemy i nagle na wyświetlaczu w środku autobusu, na którym pojawiają sie nazwy przystanków, wyświetliło się "1510 S. Michigan". i co ja zrobiłam? wysiadłam.... nie wiem dlaczego... kierowca się zatrzymał, popatrzył za mną i woła mnie przez otwarte drzwi: "-a ty nie pytałaś o 3510?". wsiadam z powrotem... pukając się w głowę. kierowca do mnie: "-czy ty jedziesz do kwatery głównej policji?". ja: "tak". no to on z uśmiechem: "wiesz co, to ja ci powiem gdzie masz wysiąść". no i wysadził mnie prawie pod samymi drzwiami policji... na szczęście udało mi się tam wejśc i zameldować na recepcji bez przeszkód i dziwnego zachowania... sukces kurna jak na mnie w tym dniu. ale nie ma tak łatwo... odsiedziałam swoje na recepcji, w poczekalni. i wreszcie przyszła po mnie pani, która miała przyjśc i pojechaliśmy - bo jeszcze kolega się pojawił - na 4 pietro. tam miałam do załatwienia jedną rzecz,która normalnie zajmuje 5 minut... ale w moim przypadku zajęła... półtorej godziny!!! bo... zepsuł się komputer... siedziałam więc półtorej godziny tam i czułam jak moja gorączka się podnosi. dobrze, że wzięłam ze sobą wodę! wreszcie po półtorej godzinie udało się. idealnie by było, gdybym mogła stamtąd wyjść i pojechać do domu, ale niestety musiałam pojechać do pracy. pogoda tymczasem się jeszcze pogorszyła i oprócz wiatru na dokładkę była też mżawka. więc najpierw mnie nieźle przewiało na stacji, kiedy czekałam na kolejkę, a potem odstaliśmy swoje, bo okazało się, że na czerwonej linii kolejki był jakiś wypadek i wszystkie "czerwone" pociągi jechały na powierzchni, zajmując linie kolejkom, które normalnie tam kursują (czerwona jeżdzi pod ziemią) przez co wszystko było opóźnione... soboty przez to nie pamiętam,bo przeleżałam całą w łóżku w stanie nie najlepszym, a niedziela podobnie. trochę wieczorem mi się polepszyło,ale kiedyś kurna musiało jak się nałykałam tyle tabletek! przezornie w czwartek nabyłam w Walgreensie wszystko, co było mozliwe na Cold/Flu i nawet po raz pierwszy pani przy kasie poprosiłamnie o ID... i tylko w takich chwilach to chciałabym sobie chorować w domu u mamy i taty... no ale cóż. tymczasem dziś też zaliczyłam zdziwko, bo wyglądam sobie przez okno popołudniu, jak wstałam, a tu śnieg... dziś też swoje urodziny obchodziło Chicago. 175! jeszcze przez godzinę i 13 minut można Chicago składać życzenia "Happy B-Day" :) zdrówka wszystkim!
niedziela, 19 lutego 2012
Blue Chicago
tydzień temu Chicago było takie niebieskie, w niedzielę. nawet zimą jest wtedy do zniesienia :) choć w tym roku zima jaka jest - każdy widzi. bardziej wiosna cały czas, ale nie taka fajna wiosna, tylko taka z początków marca... szaro, ponuro, niby nie zimno, ale zimno... trudno. do marca jeszcze kilka dni, potem kwiecień. jakoś przemęczę się. tydzień temu trafiłam nad jezioro, w okolicach polskiego konsulatu. jakaś nieźle pojebana grupa ludzi (około 200) przyszła tam protestować przeciwko nie wpuszczeniu Telewizji Trwam na multipleksa, czyli jakąś tam powstająca w Polsce platformę cyfrową. Mało, że protestowali przeciwko czemuś, co ewidentnie dzieje się w PL i tam raczej ma się na to wpływ, to jeszcze przed zamkniętym w niedzielę konsulatem. wiocha totalna - nie obrażając wsi. jakby ktoś chciał sobie zdjęcia tych kretynów pooglądać, to są TUTAJ. tymczasem pogoda była idealna na spacerek więc odbębniłam z tymi kretynami z 5 minut może, a później przeszłam na drugą stronę Lake Shore Dr. i poszłam sobie na spacer brzegiem - tak daleko, jak tylko było to możliwe, bo niestety zalegał tam lód. a po lodzie chodzić nie będę, bo mi jedna złamana noga wystarczy. więcej nie chcę. a było tak - niebiesko:
przy okazji zaliczyłam też kolejny Auto Show w środę, 8 lutego. Trochę mnie już nudzi ta impreza. rok temu było najfajniej, bo byłam z Z. a on się zna na każdym samochodzie i generalnie jest na bierząco w temacie, więc miałam full przegląd imprezy - i wizualny i techniczny. w tym roku byłam sama i jakoś próbowałam się zmusić, żeby mnie te samochody zainteresowały bardziej. ale oprócz Fiata 500 nic mnie nie wzrusza. kompletnie... może za rok? a tu przegląd 104. Chicago Auto Show - jakby się komuś chciało. dziś zamykają, więc jak ktoś chce sobie na żywo zobaczyć, to musi poczekać na przyszłoroczną edycję.
no i to by było w zasadzie na tyle... dziś ambitny plan na "Fasolkę" i iluminacje. może się uda?! |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
ABOUT me czyli ewwwek w sieci
Blogi & USA
Blox.pl
CSS / WWW / HTML
Evek zaglada tutaj ;O)
Fotoblogi
HiT!
Specjalne
TARNOWSKIE GóRY
|