z Miasta Gwarków do Wietrznego Miasta!
poniedziałek, 18 lipca 2016
Do trzech razy sztuka

Blox już dawno na zasłużonej emeryturze. Czas na restart :)

https://ewwwek.wordpress.com/

 

 

poniedziałek, 18 stycznia 2016
Na bloga!

Po bardzo bardzo długiej przerwie zapraszam na bloga. Ale już do "siebie" ;)

http://ewamalcher.com/2016/01/18/kod-kto-nie-skacze-ten-jest-z-pisu/

bardzo się za blogowaniem stęskniłam... :)

środa, 08 stycznia 2014
Trochę przymroziło...

Ponoć tak zimno, jak w poniedziałek i dziś, to nie było w Chicago od 25 lat.... well.... trochę się nie zgodzę. Pamiętam, że w 2009 chyba było przez jeden dzień, przed świętami coś koło -30F, ale kłócić się nie będę.

Teraz straszono arktycznymi mrozami snując tak realną wizję apokalipsy, że ludzie oszaleli... Ponieważ przez cały weekend telewizja ciągle mówiła tylko o tym - to znaczy niskiej temperaturze i to w sposób, jakby do Chicago nadchodził koniec świata, więc w sobotę koło południa wyłaczyliśmy TV. Zaczynał trochę padać śnieg. A jak zwykle trzeba było zrobić normalne zakupy. Słowo NORMALNE jest tu kluczowym. Więc tak koło 5pm wybraliśmy się w kierunku sklepów. Na celu były dwa - Jewel przy Lincoln Ave. i Trader's Joe - przy tej samej ulicy...

Już na parkingu Jewela coś mnie tknęło. Wszystkie miejsca zajęte. Jeszcze mi się nie zdarzyło pod żadnym Jewelem, żeby nie było gdzie zaparkować. A tu - bitwa o miejsca. "Dopadliśmy" kobietę, która podjechała wózkiem do samochodu i zaczęła pakować zakupy... Trwało to ze 20 minut. Zakupy nie mieściły jej się w bagażniku, a nie miała małego samochodu! Musiała część zapakować na tylne siedzenie. W końcu zapakowała i pojechała sobie. Zajęliśmy miejsce po jej samochodzie i ruszyliśmy do sklepu. Po drodze ze zdziwieniem patrzyłam na wypełnione po brzegi wózki innych... No ile można jeść...

W sklepie ostały się tylko dwa koszyki. Takie na kółkach, duże. Nie były nam potrzebne. Więc wzięliśmy taki podręczny. Trochę dziwnie wyglądaliśmy z kilkoma pomidorami, dwoma kawałkami kiełbaski na pizze i jeszcze jakimiś drobiazgami... a w sklepie... PUSTE PÓŁKI! wymiecione warzywa i owoce, buliony w kartonach, chleb jakikolwiek i jajka, a - i mięso - głównie WYPRZEDANE!

Nie wzięła, niestety telefonu i nie zrobiłam zdjęć w tym Jewelu. Podobnie było w Trader's Joe. Ludzie robili foty pustego regału, który zazwyczaj wypełniony jest chlebem. Podobnie wymiecione w warzywach. O pieczarkach zapomnijcie... I wszędzie mega kolejki do kas...

Nie wiadomo było czy się z tego śmiać czy płakać...

W niedzielę pojechaliśmy do kina. W Music Box grają "Pokłosie" Pasikowskiego. Bardzo chciałam zobaczyć. A jeszcze nadarzyła się okazja, że w kinie. Film bardzo dobry. Ciężki. I doskonale rozumiem dlaczego się rodakom nie podoba - no, części rodaków. Nie żałuję, że mimo, iż zaczynało się robić zimno i padał śnieg to udało się pojechać, znaleźć parking i zobaczyć.

A niemal na przeciwko Music Box też jest Jewel. Zajrzeliśmy. P. chciał coś tam jeszcze dokupić na kolację... A w Jewelu .... oczywiście puste półki. Już zabrałam telefon i zrobiłam zdjęcia. Voila:

Kanapeczki prawie wykupione

 

Jajka też prawie...

 

Bulioniki kurze jeszcze są.... kilka

 

Ale cebulę wykupili!

 

Pusto...

 

W chlebach też pusto...

 

Mięsa nie ma...

 

"Chleba" nie ma...

W poniedziałek rano, przed 7, termometr wskazywał -15F - odczuwalan była o 10 stopni gorsza. Ale dało się przeżyć. Autobusy jeździły normalnie. Na drogach pustawo. Dojechałam do pracy. Wróciłam do domu też bez problemu. Dziś, we wtorek, było nieco zimniej - temperatura odczuwalna. Ale dało się poruszać po mieście samochodem. Wstąpiliśmy nawet do sklepu po świerzy chleb, jakieś drobne wędliny...

W nadchodzący weekend będzie 30F... Żeby im się te góry jedzenia nie zepsuły...

poniedziałek, 23 grudnia 2013
Luiś...

To będzie wpis w ramach nadrabiania zaległości. o najlepszym króliku, którego już nie ma. Luiś odszedł pół roku temu. Wykicał w inny świat. Taki mały futrzak, a strasznie mi go brakuje.

Zaczęło się od problemów z łapą. przestał ją używać. Tylną łapkę. Na początku mu ją gimnastykowałam i to trochę pomagało. Ale potem przestało. Generalnie nadszedł taki weekend na przełomie maja i czerwca, kiedy stan Luisia pogorszył się z dnia na dzień. Nie utrzymywał równowagi, zaczął sikać gdzie siedział lub stał.... Pojechaliśmy do weterynarza. Miałam nadzieje, że to jakiś paraliż łapki.

Na miejscu bardzo miły pan weterynarz, dr. Warcholek, polecony przez Mamę Kazika, zrobił prześwietlenie. Okazało się, że to rak zeżarł łapkę Luisia. Jedynym wyjściem okazało się ulżyć zwierzakowi w cierpieniu. Doktor nawet szukał sposobu, żeby na kilka dni Luisia jeszcze przy życiu zatrzymać podając mu jakieś środki przeciwbólowe, ale dla królików cięzko znaleźć cokolwiek. No i jak mu to podać, żeby zjadł.... prawie niewykonalne. Łape można było też amputować, ale dr. Warcholek od razu stwierdził, że dla królisia to będzie taki szok, że prawdopodobnie nie przeżyje... Jedyną szansą na skrócenie jego cierpienia - a musiało go boleć i to bardzo - było uśpienie.... no i stało się.

i to tyle. cała historia.

sobota, 26 października 2013
Pora wrócić

bo już chyba się nawet stęskniłam za tym miejsce.... :) sporo czasu minęło. Szybko się tu ogarnę i do roboty.... dzięki wszystkim, którzy nawet jak mnie tu nie było, to nie zapomnieli i przysyłali ciepłe słowa!

a przy okazji zapraszam też tutaj:

czwartek, 14 marca 2013
we are all green

Jak tylko zaczyna się marzec w Chicago, to nie, ze nie mogę doczekać się wiosny. to bardziej, że nie mogę doczekać się Świętowania Irlandzkiego czyli St. Patrick Celebration. jak co roku - barwienie rzeki na zielono, a potem parada. o ile barwienie rzeki widziałam i obfotografowałam już kilka razy, to parady jakoś mi się nie udało. zawsze tyle ludzi się tam nazbiera, że pobarwieniu już nie sposób się dopchać. a barwienia rzeki szkoda mi minąć... może w tym roku cud się zdarzy ;) zielony cud :P

w ubiegłym roku też miałam plan na Irlandzką Paradę na południu miasta, która przez kilka lat "nie chodziła". i nawet się wtedy wybrałam, ale nie dojechałam, bo zmienił się czas z zimowego na letni, a mi to umknęło wtedy i się spóźniłam na jedyny pociąg w te rejony - parada idzie po Western Ave. daleko na południu miasta. Komunikacją miejską już się tam raczej nie dojedzie.

W tym roku wyjazd na paradę na South Side był tak komfortowy, że aż za bardzo ;) tak bardzo, że parady znów nie widziałam. bo "trochę" się przedłużyło śniadanie w Oak Lawn, w miłym towarzystwie :) i na skrzyżowanie Western ze 101 ulicą dotarlismy jak parada sobie już właśnie przeszła... ale jak to mówią - do 3 razy sztuka. to jeszcze za rok spróbujemy!

Tymczasem z South Side przywiozłam kilka zdjęć takich:

poniedziałek, 04 marca 2013
still there!

gdzie byłam, jak mnie nie było? w życiu :) mam wrażenie, jakby brakowało mi oddechu ostatnio. może to dlatego, że wiosna idzie?! :)

w międzyczasie były moje urodziny, o których już pisać nie będę. udały się, mimo, że ktoś bardzo się postarał, żeby je zepsuć. ale co tam - ludzie najważniejsi! a z przyjaciółmi dookoła zawsze się uda :)

potem były urodziny P. :) było miło.

a potem był koncert Wodeckiego! wiedziałam, że będzie fajny, bo gościa lubię jak śpiewa. i był fantastyczny! ile ten gościu ma energii w sobie!  aż mu zazdroszczę! i jednocześnie mi wstyd! bo ja chyba ze 20 lat młodsza, a w tej kwestii nie dorastam mu do pięt.

no i jakoś luty zleciał.

a marzec... zleci jeszcze szybciej. tydzień temu okazało się, że jest wolne większe mieszkanie i możemy się przenosić. znów przeprowadzka.... ale teraz to już na prawdę na dłużej. dla mnie to tylko z 3 piętra na 2. dla P. znów zwożenie gratów.... więc musi być na dłużej, bo komu by się chciało znów z tym wszystkim biegać. i wiem, że wszystko będzie dobrze i niech toczy się tak szybko, to przynajmniej nie ma czasu na myślenie!

to następny weekend z głowy. i następny też, bo 16 marca w Chicago najpierw barwią rzekę na zielono, potem idzie Irlandzka Parada, a wieczorem w Copernicus zagra Brodka... w niedzielę też w Copernicus impreza pana Andrzeja Trzosa. trzeba być!

potem weekend na wytchnienie. a potem lecimy do Nowego Jorku! tak sobie wymarzyłam: Wielkanoc w NYC i udało się... nie mogę się doczekać!!!

tylko dziś wypadła mi samotna niedziela... a pogoda była cudo! mimo, że zimno. ale to słońce... to poszłam sobie zobaczyć jak się miewa Jezioro Michigan. wygląda, że ma się dobrze i jest gotowe na wiosnę! tak jak ja! :)

piątek, 01 lutego 2013
pali się!

wracamy sobie w ubiegła sobotę w nocy z kina z P. i szukamy otwartego jeszcze sklepu jakiegoś, żeby kupić mleko na rano do kawy... ponieważ była dopiero 11 to pomyśleliśmy o naszym Jewel w Uptown. ale niestety Jewel nie był otwarty do północy. Podjechaliśmy na prawie pusty parking, żeby się przekonać, że zamknęli kilka minut wcześniej...

ale widocznie jakaś siła wyższa kazała nam jednak tam podjechać. bowiem na tym parkingu przy jednym z samochodów nerwowo biegała para azjatów - kobieta i mężczyzna. oboje niezbyt biegli w angielskim. jak się zorientowalismy po chwili, to spod maski w samochodzie zaczął się wydobywać dym... Azjaci poróbowali ugasić ten ogień... wodą, którą w galonowej plastikowej butelce przyniósł im pracownik Jewela...

na szczęście P. się nie zastanawiał i zadzwonił na 911. pomogliśmy Azjatom wyciągnąć rzeczy z samochodu i wtedy auto już nieźle zaczęło się palić... ciężko było tylko temu właścicielowi wytłumaczyć, żeby już przestał polewać je wodą i odsunął się, bo w samochodzie był bak pełen benzyny. ale w końcu nam się udało go odciągnąć i przyjechała straż.

panowie strażacy uporali się z pożarem w kilka minut. a my wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do domu. bez mleka.

tak swoją drogą to w Polsce jest obowiązkowe posiadanie gaśnicy w samochodzie. a w Stanach? Azjaci nie mieli. P. też nie... a jak widać, może by się przydała...

a w kinie byliśmy na "Zero Dark Thirty". Film o akcji zabicia Osamy Bin Ladena.... Chciałam bardzo zobaczyć. Niestety - rozczarował mnie...

piątek, 25 stycznia 2013
zima

zima w tym roku nijaka. nie ma śniegu. trochę popruszy w ramach "lake effect", ale co to za śnieg. za to od kilku dni temperatura daje popalić. szczególnie wieczorami i w nocy jest zimno. przymrozki gdzieś tak w okolicach -20C myślę. dziś odpuściło nieco tylko...

ja czekam na wiosnę. bo mój sąsiad Starbucks ma taras i pewnie rozłoży na nim parasolki... już P. ma plan, że będziemy pod tymi parasolkami często siedzieć. .. no więc wiosno MOŻESZ JUŻ PRZYJŚĆ!!!!!! :)

a tak było dziś w Medical District:

niedziela, 20 stycznia 2013
Jestem

przeprowadzka do Uptown postawiła moje życie do góry nogami... nawet nie zdawałam sobie sprawy. listopad przeleciał jak nieszczęsny dreamliner - szybko i boleśnie, za sprawą infekcji nogi. ale już z nogą jest OK. a potem w grudniu... no własnie w grudniu. jakoś chcę tu o tym wszystkim napisać. tylko jak.

jedna mała wiadomość-prośba wysłana na FB sprawiła, że moje życie jeszcze odwróciło się o 360 stopni i lewituje gdzieś w przestrzeni. miałam do dostarczenia plakaty dla klienta, który mieszka daleko na przedmieściach. skrzynia z plakatami ciężka, czas przedświąteczny - wszyscy zajęci.... i wtedy "żaróweczka" nad głową! jest ktoś, kogo jeszcze mogę poprosić. znamy sie wprawdzie od 7 lat chyba, ale kontakt mamy raczej sporadyczny.... ale jak coś się dzieje - na przykład sprawa z moją nogą, to telefon dzwonił od razu z konkretną ofertą, że jak potrzebna pomoc, to o każdej porze dnia i nocy.... więc po kilku chwilach wahania wysyłam zapytanie na FB i dostaję odpowiedź, że "no problem".

i tamten piątek, tak rewelacyjnie spędzony. a później kilka kolejnych dni "wyrwanych" z tygodnia, przyprawiajacych mnie o pozytywne zdziwienie. bo chce sie komuś jechać godzinę, przez całe Chicago, żeby przez następną zjeść ze mną śniadanie... potem noc z gorączka, jakaś dziwnie niespokojna, kiedy nie mogłam zasnąć, a rano obudziłam się i zastałam w swojej skrzynce mailowej wiadomość, przy czytaniu której musiałam sobie usiąść...

no i potem najlepsze święta i koniec roku, których nie zamieniłabym za nic...

wszystko trzeba sobie tylko w głowie poukładać i zacząć się przyzwyczajać, że właśnie tak jak jest, to jest normalnie, a nie, że to wyjątkowe tylko "na chwilę"... normalne, normalne, normalne...

wszystko jednak zbyt idealne... bez fajerwerków, ale nadal zbyt idealne. próbowałam wywalić ze swojej głowy myśl, że jak jest tak dobrze, to coś walnie mnie w głowę z wielkim hukiem...

walnęło.

ale jak sie jest z kimś na dobre i na złe, to należy się cieszyć, że życie toczy się do przodu. Nasze sie toczy i już na pewno nie zawróci.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 118
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:

Bookmark and Share