z Miasta Gwarków do Wietrznego Miasta!
poniedziałek, 03 grudnia 2012
powtórka z rozrywki

w sobotę o 6am wzięłam ostatnią dawkę antybiotyku, nakarmiłam pana królika i uwaliłam się z powrotem do łóżka zadowolona, że koniec z pobudkami o tak wczesnej porze, wreszcie!

obudziłam się już bez budzika o 9am i pomyślałam, że pora się zbierać. trasa na sobotę wiodła do banku, a potem na jakies małe zakupy, spotkanie z G., która znów przyleciała z PL i z powrotem do domu, bo czeka na mnie trochę pracy... no to wstałam i poszłam do łazienki, a tam... niespodzianka kurna... cała byłam w kropkach - czerwonych i białych. szyja, ramiona, plecy, brzuch, uda, stopy.... tylko nie na łydkach i nie na twarzy... od razu pomyślałam, że to reakcja na antybiotyk... ale brałam cały tydzień i dopiero teraz?

wzięłam szybki prysznic, ubrałam sie, artystycznie owinęłam sobie szyję i pojechałam do banku. potem sklep i G. jak siedziałam z G, to już czułam, że mnie wszystko zaczyna swędzieć... od wyjścia z domu mineły jakies 3 godziny... kupiłam sobie na wszelki wypadek zapas wapna rozpuszczalnego w polskiej aptece i pojechałam do domu... o dziwo udało mi się wreszcie w 100% rozpakować - zrobiłam zaległy porządek z szafą i w mieszkanku od razu jest przestronnie. miło by się tam siedziało, gdyby nie to, że ja cała zaczęłam przypominać jakąś wielką, swędzącą czerwoną ranę. po kropkach nie było śladu - pojawiły się za to czerwone plamy. trochę inne niż na nodze tydzień temu. bardziej intensywne  i lepiej dające znać o sobie... w miezyczasie wpadła do mnie A. (najlepsza sąsiadka ;) z tiramisu. jak mnie zobaczyła, to najpierw była szybka jazda z tiramisu (po kawałku se strzeliłyśmy) a potem zapakowała mnie w samochód i jazda na Ostry Dyżur do Cook County...

i zabawa zaczyna się od początku. najpierw niemiła baba na recepcji.... nie moja wina, że musi w sobotę o 7 wieczorem pracować. ale widocznie babsztyl uważała inaczej. w końcy dała mi opaskę  na rękę i wio do poczekalni. Dobrze, że A. ze mną była... tam jak zwykle zmierzyli mi ciśnienie, temperaturę, ale już nie pytali z czym przyszłam, bo było widać... pielęgniarka była bardzo miła, nie to co babsztyl na recepcji...

na lekarza czekałam chyba ze 3 godziny. wreszcie mnie zawołali i A. ruszyła ze mną... warto było czekać, bo najpierw pojawił się ten sam lekarz, który oglądał moją stopę w ubiegłą niedzielę, a potem przyszedł jeszcze ze swoimi 2 kolegami... na całej trójce można było spokojnie oczy zawiesić. szkoda tylko, że mnie tak swędziało! za to A. skorzystała z okazji i wypytała o całą historię mojej choroby, zatrzymując tych miśków na długo w sali... w ogóle to z naszą wyobraźnią to się nieźle z A. bawiłyśmy w nocy na tym ER. co sprawiło, że te godziny czekania jakoś minęły bez bólu...

ja dostałam nowy lek, maść, kazali mi też połknąć pierwszą dawkę na miejscu i jeszcze pan "niedzielny" doktor, podobnie jak w ubiegłą niedzielę, wrócił i powiedział mi, że na razie to mam taki stan, że w każdej chwili mogę spuchnąć tak, że nie będę mogła na przykład oddychać i wtedy od razu muszę do nich wracać. gostek ma jakąś obsesję w powtarzaniu po kilka razy, jaka może być najgorsza opcja w danym stanie... ale przy tym wszystko dokładnie wyjaśnia (A. poznała nawet budowe komórek ;)  o 2am mogłyśmy wracać do domu...

w niedzielę jeszcze musiałam rano wrócić na ER. ale potem po lekach już się zaczynało robić lepiej. bardzo nieznacznie, ale chociaż mi nie przybywało tego swędzenia... choć jak się zobaczyła wieczorem w lustrze, to się załamałam.... i mam nadzieję, że rzeczywiście do 10 dni mi to zniknie. teraz wszystko robi się czerwone mniej intensywnie i jeszcze trochę swędzi...

a tak mi było żal tej niedzieli! bo było ciepło! prawie 60F. idealnie na spacer. i masa ludzi w tym celu jechała, bo kolejka w jedną i w drugą stronę była pełna. no i grali Chicago Bears (amerykański futbol), bo pełno też ludzi w koszulkach i czapeczkach jechało w stronę Soldier Field...

jak na razie to mi wystarczy wizyt w szpitalu CC... na prawdę... ale na wszelki wypadek odpukuję w niemalowane.

a tak wyglądało downtown z Illinois Medical District w niedzielę przed południem:

 
poniedziałek, 26 listopada 2012
infekcja

z okazji Thanksgiving, czyli Święta Dziękczynienia, które wypadło w ubiegły czwartek, to zazwyczaj ludzie za coś dziekują. mi wypada w tym roku podziękować siłom wyższym za istnienie Cook County Hospital w tym mieście...nogę mi znów uratowali.

zaczęło się od gorączki w środę wieczorem. stałam na stacji Red Line wracając do domu i klełam na siebie, że pewnie się właśnie przeziębiam, bo głupia tylko w polarku sobie biegam. W dzień owszem polarek wystarczał, ale potem wieczorem już nie. Dotarłam do domu, nałykałam się leków na przeziebienie. I zabrałam do roboty dalej. Ową robotę skończyłam w nocy z gorączką i jedyne o czym wtedy pomyślałam, to fakt, żeby się jak najszybciej położyć. a że stopy miałam spuchnięte.... cóż, zawsze mam wieczorem, bo siedzę 13 godzin przed kompem to jak mam  nie mieć. Szkoda tylko, że lekko zaczerwienionej wtedy w nocy lewej stopie sie nie przyjrzałam... poszłam spać.

w czwartek obudziłam się ze spuchniętą lewą stopą i czerwoną. ale w sumie od kilku dni bolał mnie palec, ten najmniejszy, to pomyślałam, że dziś wolne to się wreszcie swoją stopą zajmę.Lekko kuśtykając pojechałam z Agą i Andym na paradę z okazji Thanksgiving, a potem kupiliśmy na ostatnią chwilę indyka i resztę składników na kolację i było rewelacyjnie. Nawet mnie ta noga już nie bolała.

w piatek niestety musiałam do pracy. trochę bez sensu, bo nic się nie działo. poza faktem, że moja lewa stopa zrobiła się jak balonik, do tego czerwona, a po wewnętrznej i zewnętrznej stronie pojawiły się krwawe placki i jeszcze na skórze coś jak wysypka.... dokulałam się do domu za pomocą CTA (dzięki ci CTA za obniżanie podwozia w autobusach dla wsiadających z problemami kończyn! )a w domu najlepsi sąsiedzi świata - czyli Aga i Andy - wsadzili mnie w samochód i zawieźli na ostry dyżur do Cook County. tam się okazało, że mam 99.7F gorączki, wysokie ciśnienie a jak lekarze zobaczyli moją stopę, to oniemieli.... ja zresztą też. mam zdjęcia, ale zostawiam dla swojego archiwum.

dostałam na dzień dobry szpitalną koszulkę - taką, jak na filmach, wiązaną na plecach na sznureczki. pobrali mi krew do badania. zrobiła to bardzo fajna siostra, która też podłączyła mi kroplówkę i przy okazji pogadałyśmy sobie o serialu "ER" (Ostry Dyżur) bo to przecież ten szpital! ;) miła siostra trochę się ze mną umęczyła, bo u mnie zawsze ciężko znaleźć żyłę. ale zrobiła to prawie bezboleśnie, za co jestem jej wdzięczna!

jak się skończyła kroplówka, to pojechałam na USG całej nogi i na prześwietlenie. Najbardziej się lekarze obawiali, że mogę mieć jakiś zator w żyłach...USG mi robił całkiem fajny pan doktor. nie powiem - bałam się, bo trochę długo i kilka razy sprawdzał jedno miejsce, potem wołał kogos i coś tam gadali.... ale okazało się, że coś w maszynie było przestawione, a moje żyły są OK.... ufffff..... to jest największa ulga.

ponieważ lewa stopa to jest ta, która była złamana, to zrobili też prześwietlenie.

potem była lekka jazda, bo na palcu który mnie bolał, i który prawdopodobnie jest sprawcą całej afery, zebrała się ropa. trzeba było to naciąć. w związku z tym przyszła fajna pani doktor ze strzykawką i powiedziała, że najpierw dostanę to znieczulenie, a potem mi to będzie ciąć i ropę usunie. ok.... no i dziabnęła mnie w trzy miejsca wokół palca i sprawdzała, czy znieczulenie działa... oczywiscie nie zadziałało. ale ja to już przerabiałam w życiu raz - u dentysty i też nie działało.... pani doktor z niedowierzaniem przez pięć minut sprawdzała palec, a ja jej z zamkniętymi oczami mówiłam, gdzie mi ten palec dotyka.... podejrzewam, ze na mnie w kwestii znieczulenia, to zadziałałaby tylko narkoza, ale tego nie próbowałam jak na razie i próbować nie chcę! no to powiedziałam pani doktor z greckim nazwiskiem (oj, przypomniał mi się doktor Kapotas! ten przystojny od mojej złamanej nogi ;) żeby w końcu mi to nacięła i pozbywamy się zawartości, bo już prawie północ... cóż, miłe to nie było, ale dało się przeżyć.

potem przyszedł pan doktor-szef ER i powiedział, że good news jest taki, że zatorów nie ma. stopę mogę więc zatrzymać ;) ale muszę brać antybiotyk. przez tydzień no i jest szansa, że to co mam w nodze będzie powoli sobie schodziło w niebyt, czyli nie mam co liczyc, że dziś mi kroplówkę dali, a jutro nóżka będzie śliczna jak noofka. to niestety potrwa... trudno. ważne, żeby noga była OK.

niestety te poświąteczne dni są jakies takie niemrawe i na ER w Cook County prawie wcale nie spotykam policji. jak zawsze jest tam zawalone policją, która zazwyczaj przyjeżdża z jakimiś zakutymi w kajdanki kombinatorami, to tym razem NIC. ZERO.... bardzo bardzo się rozczarowałam... słowem - mam kurna pecha! jak to zwykle!

choć dziś (niedziela) na pocieszenie niejako, przypadł mi bardzo przystojny lekarz. kilka razy uparcie mi powtarzał, że jeśli za kilka dni zauważe jakieś nie daj boże pogorszenie, albo coś się zacznie dziać z moją stopą, to mam zaraz się tu zgłosić...już chciałam brać od niego rozkład jego dyżurów ;)

nie brakuje na ER za to różnej maści świrów i bezdomnych, którzy trochę ten szpital traktują jak ciepłą noclegownię. dziś jeden chrapał śpiąc na krześle już nie w poczekalni, a przy stanowisku lekarzy na ER... chyba mu się znudziło czekanie na wyniki badań i się zdrzemnąć postanowił... generalnie to ja personelowi ER współczuję. bo widać po co te lumpy tam się złażą - część też, żeby jakieś leki wyłudzić - a lekarze nie mogą im odmówić przyjęcia i muszą przez nich wszystkich przejść.

wkurwiający są też pacjenci, co to przyjeżdżaja na ER - czyli są w jakimś stanie wymagającym szybkiej pomocy lekarza tak? ale jak ich wywołują do tego lekarza, to nie mają czasu z poczekalni wyjśc, bo sms-ują albo sprawdzają Facebooka na telefonie. dziś taki jeden się trafił... najpierw się okazało, że po angielsku nie rozumie, a jak zawołała go po hiszpańsku pielęgniarka, to ważniejszy był Facebook....

tymczasem u mnie na razie widać bardzo powoli zmiany na lepsze w stopie i tego się trzymam. i idę spać. o 6 rano kolejna dawka antybiotyku do wzięcia!

 
 
 
środa, 14 listopada 2012
moving, moving

przeprowadziłam się. aż mnie skręca, że nie mam czasu, żeby pobiegać po okolicy z apratem. już namierzyłam tu kilka ciekawych miejsc! ale do weekendu nie da rady. na razie nawert nie udało mi się rozpakować. tylko powoli, najważniejsze w miarę rzeczy... ale co tam. biorąc pod uwagę cały ten zamęt i niedogodności, to i tak warto było!!! :)

tak na szybko, to to jest teraz moja okolica:

niedziela, 28 października 2012
Złota Polska w Chicago

Jesień. ciągle tu jest, choć dziś dała do zrozumienia, że zima za progiem stoi. ochłodziło się. lubię jesień w Chicago. może trochę z sentymentu, bo była pierwszą porą roku, jaką tutaj zastałam po przylocie. wtedy - w 2004 roku sierpnia prawie wcale nie było, wrzesień był piękny, a w październiku chodziłam w krótkim rękawku. różnie tu bywa. zdarzył się i śnieg w październiku. ale na szczęście nie w tym roku. tydzień temu, w niedzielę było ładnie. miałam spotkanie blisko downtown, to potem nie zastanawiając się, wsiadłam w kolejkę i pojechałam na mały spacer. no więc złota polska w chicago prezentuje się tak:

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

środa, 24 października 2012
Pan Królik

Ale ty Alicja nudzisz i nudzisz o tego królika :D

tymczasem Wasza Futrzastość przygotowuje się do zimy. żre jak głupi i zmienia futro. Poniżej:

1. Niedzielne Dopasowanie.

2. Co się gapisz - królika nie widziałaś?

3. Najedzony królik - zadowolony królik.

Starczy na razie?! ;)

 

sobota, 20 października 2012
sięgnęliśmy dna

widziałam te drastyczne zdjęcia z sekcji zwłok po katastrofie w Smoleńsku - prezydent Kaczyński, ciała innych ludzi.... nie będę wdawać się w szczegóły. nie szukałam strony, gdzie je opublikowano. dostałam link w mailu. od kilku osób. nie kliknęłam. ale jedna z tych osób stwierdziła, że widocznie takie jest zainteresowanie i tak bardzo wszyscy chcą zobaczyć te zdjęcia, że można je po prostu ściągnąć i wysłać jako załączniki... tego nie będę komentować.

jeśli ktoś chce te zdjęcia zobaczyć, to nie będzie tu linka. odradzam.

uważam, że jako ludzie właśnie sięgnęliśmy dna. w sumie to zaraz po katastrofie i umieszczeniu filmików z miejsca tego zdarzenia na YouTube, pomyślałam, że to kwestia dni, kiedy pojawią się gdzieś zdjęcia... trochę pomyliłam się w czasie. to była kwestia lat. ale jednak ktoś się odważył wyjąć tam telefon czy też jakiś mały aparat i robić zdjęcia...

rozumiem, że dla ludzi tam pracujących wtedy to były obrazy, których nie zapomną do końca życia. jakim trzeba być człowiekiem, żeby wobec tego faktu, jednak wyjąć ten aparat i zrobić zdjęcia...

sięgnęliśmy dna, jako ludzie.

jeśli ktoś oczekuje jakiegoś spektakularnego końca świata w grudniu, w typie "pierdolnie w nas kometa i rozwali na milion części", to się rozczaruje. rzeczywiście ta ludzkość zmierza ku końcowi - sama się o ten koniec prosząc i sama unicestwi się swoimi działaniami... pozostanie po nas może smużka dymu i niesmak.

niedziela, 30 września 2012
Pilsen

wczoraj niespodziewanie udało się odwiedzić jedno z fajniejszych miejsc w Chicago - dzielnicę, która zwie się Pilsen. to za sprawą gościnności Ani! wizyta była krótka i głównie skoncentrowałam się na zaliczeniu Ani kuchni, bo to najlepszy kucharz w mieście jest - i to profesjonalny kucharz! na obiad było to:

"Pumpkin pasta with walnut meat ball"

jej, ale było dobre! nigdy jakoś dynia mi się z mięskiem nie kojarzyła i jeszcze z makaronem....  była też zupa pomidorowa autorstwa Ani... prawdziwa zupa pomidorowa! no i do domu dostałam jeszcze słoiczek powideł śliwkowych. normalnie "I am in heaven" - dzięki ANIA!!!

sama dzielnica jest warta odwiedzenia jej z aparatem. i jestem już z Ania umówiona. a na razie mały przegląd - foty zrobione z samochodu więc są jakie są.

czwartek, 27 września 2012
Big Apple - epilogue ;)

muszę jeszcze w związku z NYC napisać o dwóch rzeczach.

1. Jeśli chodzi o Nowy Jork, to rzuciło mi się w oczy, że tam nie ma tylu Latynosów ile w Chicago. tutaj stanowią wyróżniającą się przewagę w tłumie ludzi w każdym niemal rejonie miasta. W NYC jakby w mniejszości... nie żebym coś do nich miała, ale tak rzuciło mi się w oczy. Całkiem inny jest ten tłum na ulicach NY niż w Chicago.

2. muszę się jeszcze pochwalić, że we wtorek po powrocie dostałam rano to:

NY cell

Wypiłam ją siedząc w ten ciepły poranek na schodach przed domem w towarzystwie Agi :) zabrakło Andyego, ale cóż - ktoś musiał pracować, żeby miło czas mógł spędzać ktoś :)

no to definitywnie temat NYC na tym blogu zamykamy i life goes on...

środa, 26 września 2012
NY część 3 i ostatnia

czas wreszcie napisać o poniedziałku sprzed ponad dwóch tygodni...

nie, nie zobaczyłam Andersona Coopera na żywo. odstąpiłam swoje miejsce pewnemu starszemu gościowi... już nawet nie chce mi się pisać o tym... wierzę, że jeszcze się uda. to był mój główny punkt podróży do NY. trudno. i tu całkiem niespodziewanie głównym punktem mojego "NY Story" stało się spotkanie z blogowymi przyjaciółmi :) Nie udało się ze wszystkimi, ale tak bywa.

przy okazji podziękowania za cierpliwość należą się jeszcze raz Evicie, która musiała wysłuchiwać o Andersonie mniej więcej co 5 minut przez ten weekend... :)))

ale wracając na Manhattan w poniedziałkowy poranek. mam więc kilkanaście godzin dodatkowych "w prezencie" od losu na NY. to i tak niesamowite stać sobie na Manhattanie - wierzcie mi ;) no to postanawiam sobie pochodzić i zobaczyć na maksa ile się da... ruszam więc w kierunku Broadway z 2 mocnymi punktami:

1. kupić kawę

2. kupić mapę

w poniedziałek jestem zdana na siebie, bo moi genialni przewodnicy M. i J. - w pracy... zaczynam od ... mapy. przechodzę koło takiego Newstand, gdzie sprzedają gazety i inne pierdoły, to myslę, że mapę będą mieć. sprzedawca na pierwszy rzut oka pochodzenbia hinduskiego albo arabskiego. nie wiem co mnie przyćmiło przy tym newstand, może moje myśli już o lotnisku i wieczornym powrocie do Chicago, ale spytałam pana czy mogę u niego kupić... mapę Chicago. gościu patrzy na mnie lekko zdziwiony... a ja myślę, że pewnie mnie kurna nie rozumie... i nagle do mnie dochodzi, co ja do niego wypaliłam... mówię mu, że sorry, że przecież ja ciągle jestem w NY. koleś mówi, że no problem. mapę NY akurat ma ;)

już na szczęście bez wiekszych problemów udaje mi się jeszcze kupić kawę w pobliskim Starbucksie. na wszelki wypadek zamawiam po prostu zwykłą kawę, do której sama sobie dolewam mleka, żeby znowu czegoś nie palnąć (jak na wieśniaka z Chicago przystało ;))) no to ruszam sobie po Broadway. Jest 9 rano.

na Times Sguare kręcą akurat Good Morning America w sieci ABC. oglądałam to sobie kiedyś w TV, jak wstawałam wcześnie i teraz widzę na żywo. nieźle.

NY (8) Times Square Monday Morning

NY (8) Times Square Monday Morning

generalnie Times Square ma klimat porannego pośpiechu. przewalają się tłumy ludzi zdążających do pracy.

przy okazji- tu kręcą show Davida Letterman:

NY cell

przeszłam sobie Broadway od 57 ulicy aż do Empire State Building. taki spacerek ;) po drodze zatrzymałam się na śniadanie w Bryant Parku. Byłam tam też w niedzielę z M. i J. Fajny ten park.

Manhattan

Manhattan

No i widać stamtąd Empire State Building, stąd moja myśl, żeby sobie na Empire wjechać. Czasu miałam pod dostatkiem. A widok z góry, z 86 piętra, zapiera dech w piersiach. Stąd widać, że NY to na prawdę WIELKIE miasto :)

Tam na horyzoncie rośnie nowy budynek WTC:

Empire State Building

Więcej zdjęć tutaj:

Na tarasie widokowym po raz drugi usłyszałam Polaków.... generalnie w NY w ogóle rodaków nie słychać. Często słychać Rosjan, ale Polaków mało. cóż - na Greenpoint nie starczyło czasu...

Po Empire ruszyłam sobie 5 Ave. i trafił się Dunkin Donuts. więc na lunch było latte o smaku dyni i kanapka z szynką, boczkiem i serem.... raz się żyje i raz w życiu spędza się pierwszy poniedziałek w NY ;) śniadanie zjadłam w cieniu Flatiron:

Manhattan

Tutaj kilka fot z tego porannego Manhattanu, które jakoś do innych setów się nie zmieściły:

Po lunchu z pomocą mojej mapy i mapy metra wyczaiłam, że niemal siedzę na trasie lini metra numer 6, która jedzie na Dolny Manhattan, do całego tego Financial District i można tam zobaczyć City Hall. No to postanowiłam, że odwiedzę pana Bloomberga ;)

NY (12) Brooklyn Bridge

no i pojechałam. przez chwilę kręciłam się w cieniu City Hall, nim zajarzyłam, że to duże to właśnie Ratusz ;) na zdjęciu tam w głebi ulicy. z metra wysiada się tuż pod nim:

NY (11) Lower Manhattan

a tutaj więcej zdjęć z tej części Manhattanu:

a tuż obok City Hall znajduje się Brooklyn Bridge. tym razem był środek dnia. ludzi pełno, ale widoki takie, że chciało się przejść. no to sobie przeszłam. w jedną stronę - z Manhattanu na Brooklyn. nadal mi się wydaje, że tam coś za krótko się idzie ;) no i nadal ci rowrzyści tam tak pędzą...

Wejście na most:

NY (12) Brooklyn Bridge

obrazek znany wszystkim, nawet jak w NYC nie byli ;)

NY (12) Brooklyn Bridge

NY (12) Brooklyn Bridge

woo hoo, było się tam:

NY (12) Brooklyn Bridge

NY (12) Brooklyn Bridge

Jak zeszłam z mostu, to szybka decyzja - starczy czasu na Green Point czy nie.... z moich mało precyzyjnych obliczeń wyszło, że średnio na jeża... choć się myliłam. bywa. i wtedy pomyślałam,że muszę się dostać na nadbrzeże z tarasem widokowym, które widziałam z mostu. I tak trafiłam do DUMBO:

NY (13) Dumbo & Brooklyn Bridge Park

i tu oświecenie nagłe - skąd ja znam ten widok??!! z czołówki tego serialu:

ha! Dumbo jest rewelacyjne! To moja miłość od pierwszego wejrzenia! ale jak sprawdziłam kilka dni temu ceny mieszkań do wynajęcia tam, to nie powiem - lekko zimny prysznic... ale coś za coś - jak to mówią. W końcu to Nowy Jork :)

Szkoda, że tak mało zrobiłam zdjęć w Dumbo.... będzie okazja następnym razem. Stamtąd właściwie nie sposób nie przejśc się przez Brooklyn Bridge Park. a widoki... co będę pisać - to trzeba zobaczyć!

NY (13) Dumbo & Brooklyn Bridge Park

NY (13) Dumbo & Brooklyn Bridge Park

NY (13) Dumbo & Brooklyn Bridge Park

NY (13) Dumbo & Brooklyn Bridge Park

NY (13) Dumbo & Brooklyn Bridge Park

A do tej skrzynki pocztowej (niebieska po prawej stronie) wrzuciłam pocztówki ;)

NY (13) Dumbo & Brooklyn Bridge Park

Jakby się jeszcze komuś chciało, to foty też tu:

No i to już właściwie był koniec spaceru. Zaczęłam się zbierać w kierunku bagażu pozostawionego u M. i J. Ale jak wracałam, to jeszcze wykombinowałam, że od nich blisko na Coney Island, to sobie nieco dalej metrem podjadę. No i zobaczyłam jaki klimat ma późne, letnie popołudnie po sezonie tam...

NY cell

NY (14) Coney Island

NY (14) Coney Island

NY (14) Coney Island

NY (14) Coney Island

No i to rzeczywiście był już koniec poniedziałkowej wycieczko po NYC... trzeba było pozbierać graty i na lotnisko. Manhattan pożegnał mnie urokliwym niezwykle wieczorem:

NY (15) on the road to La Guardia

NY (15) on the road to La Guardia

Do zobacznenia więc Nowy Jorku! :)

poniedziałek, 17 września 2012
Niedziela w Nowym Jorku (dzień 2)

w niedzielę na śniadanie jest świetna jajecznica przyrządzona przez J., męża Evity :) i to on będzie moim przewodnikiem przez kilka pierwszych godzin. Evita do nas dołączy. plan wycieczki jest taki, żeby zacząć od Central Park i "Imagine" - mozaiki na cześć Johna Lennona. Trasa wycieczki zostaje ustalona i w drogę. kiedy docieramy już metrem niemal na miejsce przeznaczenia, J. postanawia, że wysiądziemy na stacji, która zwie się Columbus Circle... mówi do mnie, że to żadna wielka atrakcja turystyczna, ale warto...

no więc docieramy do Columbus Circle, wychodzimy na powierzchnię i co widzę...

NY (5) Manhattan

CNN, a jak CNN nowojorski, to Anderson Cooper :) będzie jeszcze kilka śladów Andersona w tym dniu w NY :)

tymczasem ruszamy w poszukiwaniu mozaiki Imagine, która to oficjalnie zwie się Strawberry Fields. znajdujemy bez problemu. ale rozczarowuje mnie jej rozmiar..... w tv i na zdjęciach zawsze wydaje się większa!

NY (5) Manhattan

no ale udało się zobaczyć. to też jeden z symboli NY, który mam w głowie od dawna :)

ruszamy trochę przez Central Park. taki park w centrum takiego miasta to rewelacyjny pomysł. ludzie biegają, jeżdżą na rowerach, spacerują. Parkowe alejki są jak ulice, więc i na tych większych trzeba czekać na zielone światło by przejść na pasach na drugą stronę!

Park zaliczony. Evita już do nas jedzie. Spotkamy się gdzieś na 5 Aleii.... o ile dobrze pamiętam. Znów metro :)

NY (5) Manhattan

Później krótki spacer w okolicach Rockeffeler Center, katedra św. Patryka, 5 Ave i idziemy na Times Square.

NY (5) Manhattan

NY (5) Manhattan
Zapaliliśmy tu świeczki - to wnętrze katedry

NY (5) Manhattan

więcej fot z tego poranka:

No to teraz na Times Square. najbardziej znane miejsce NY myślę... no każdy gdzieś to tam kiedyś widział ;) czym bliżej jesteśmy, tym bardziej kolorowo, ciasno i ciepło na ulicach.

nie wiem czy ktoś mieszka przy Times Sq., ale jeśli, to niezły z niego masochista. Zdecydowanie jest tam za głośno i za kolorowo. Te wszystkie reklamy wyglądać muszą nieźle tylko w nocy.

Oczywiście obowiązkowo wejście na słynne czerwone schody. To ja na szczycie schodów ;)

NY (6) Times Square

Tymczasem tam w dole nudzą się panowie w mundurach

NY (6) Times Square

Fajnie byłoby mieć z nimi fotę, co?! jakoś mi głupio już tak biegać za tą policją. Ale na szczęście jest Evita, która po prostu ustawia mnie do foty z nimi i voila:

NY (6) Times Square

no to jeszcze ja i Evita:

NY (6) Times Square

no całkiem fajnie jest na tym Times Square :D

trochę się tam kręcimy, zahaczając o sklep Disneya. mam Myszkę Miki w koszulce z "I love NY" - dla Reginki :) generalnie to nie ma czasu wydawać kasy w NY, jak się jest tylko 3 dni i chce się zobaczyć na maksa co się da ;) ale udaje mi się kupić  pocztówki!

następny punkt ma mojej nowojorskiej mapie, to New York Times. wyruszamy na poszukiwania. po drodze - kolejny nowojorski ślad Andersona Coopera - muzeum figur woskowych, gdzie Anderson też stoi :) Następnym razem punkt obowiązkowy do odwiedzenia!

 NY (6) Times Square

New York Times'a znajdujemy dość szybko. wygląda tak:

NY (7) Manhattan

szkoda, że czas mija tak szybko.... pod NYT dotarliśmy grubo po południu. Trochę głodni namierzyliśmy obok NYT Subwaya. kanapka z tuńczykiem nigdy nie smakowała tak dobrze! ;)

na mapie wycieczki jest jeszcze dziś Grand Central Station. idziemy. po drodze jeszcze przerwa na kawę w Bryant Park i wspaniały budynek Biblioteki.

Byłam, byłam na Grand Central Station ;) (fota by Evita)

NY (7) Manhattan

NY (7) Manhattan

Tam też nudzili się panowie w mundurach, ale nie mam z nimi foty ;)

NY (7) Manhattan

ale wiecie co to jest:

NY (7) Manhattan

Vanderbilt to nie tylko nazwisko słynnej nowjorskiej rodziny - to nazwisko mamy Andersona Coopera - Glorii, która do tej rodziny należy ;)

Tymczasem stacja jest ostatnim przystankiem na mapie wspólnej wyprawy mojej z Evitą i J. w niedzielę. Do NY dojechała już Aneta i ja wyruszam, żeby spotkać się z nią, a Evita i J. będą świętować swoją rocznicę ślubu. No to wracam na Brooklyn. mam spotkać się z Anetą przy Jay st. Metro Tech stacji metra. Stamtąd blisko do restauracji "Teresa", gdzie te słynne naleśniki dają ;)

sam Brooklyn też by warto było kiedyś poznać, ale to chyba bym musiała na miesiąc do NY pojechać! w każdym razie jak dotarłam w niedzielę wieczorem, to było tam spokojnie i tak sobie słońce zachodziło:

NY (7) Manhattan

przy okazji doceniłam posiadanie urządzenia zwanego telefon komórkowy, bo czekałysmy na siebie z Anetą przy różnych wyjściach z tej stacji ;) ale udało się. Z Anetą juz kilka razy gadałam przez skypea, ale zawsze spotkanie w wersji LIVE to jednak coś fajniejszego :) nie wiem kiedy minął nam ten czas. zaczęłyśmy od naleśników w "Teresie", a potem było przejście Brooklyn Bridge po zmroku. Oj, nagadałam się trochę z Anetą i mam nadzieję, że jej nie zanudziłam, ale chce się jeszcze spotkać, to może nie zanudziłam jednak ;)

tylko z wrażenia, że z nią gadam i jest fajnie, to nie zrobiłam sobie z nią żadnego zdjęcia na pamiątkę. Oj, musimy się Aneto spotkać jeszcze! :)

sam most Brooklyński, to oczywiście obiekt znany z "widzenia" już od dawna. Przeszłyśmy nim na Manhattan i z powrotem. Nie wiem czemu mnie trochę rozczarowało, ze tak krótko się idzie... może dlatego, że dobrze sie gadało ;)

widoki są tam rewelacyjne. sprawdziłam i za dnia i w nocy. te wieczorne, po zmierzchu były niesamowite. na biało-czerwono-niebiesko podświetlona wieża 1 WTC wybijała się zdecydowanie na 1 plan:

NY (7) Manhattan

więcej zdjęć z Brooklyn Bridge zrobiłam następnego dnia. na samym moście przeraziła mnie tylko prędkość rowerzystów. ścieżka dla nich biegnie tuż obok ścieżki dla pieszych i ci piesi często wchodzą na rowerową, bo ludzi dużo, a ścieżki wąskie... więc jak znów kolejny rowerzysta przemknął obok, to trochę mi się robiło nie tak... wiem, że ścieżki oznaczone i włazić ci piesi nie powinni na rowerową, ale zwolnić by nie zaszkodziło.

niestety kiedy wracałyśmy, to złapał nas deszcz. pożegnałam się z Anetą i pora było wracać do Evity. w poniedziałek.... no właśnie... poniedziałek miał być taki super, a wyszło jak wyszło. ale o tym w następnym wpisie.

Reszta zdjęć z niedzielnego popołudnia - od Times Sq. do Brooklyn Bridge:

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:

Bookmark and Share