z Miasta Gwarków do Wietrznego Miasta!
niedziela, 16 września 2012
New York, New York - częsć 1 - sobota

no to wyruszam. wreszcie się udało. bo jak to mówi dobre polskie przysłowie - do 3 razy sztuka. jest więc sobota, 8 wrzesnia 2012 i zimno jak cholera o 4am, kiedy wychodzę z domu, żeby dojechać na O'Hare. do Nowego Jorku lecę liniami JetBlue o 6.40am. JetBlue nie są złe, ale chyba nie lubię latać takimi małymi samolotami... po dwa siedzenia w rzędzie. mam nadzieję, że usiądzie obok mnie ktos fajny.... jako, że to na kilkanascie godzin przed "11 wrzesnia", to może jakas delegacja chicagowskich strażaków lub policjantów poleci... ;)

niestety nie.... obok mnie usiadł jakis mało kumaty Hindus, a na lotnisku zamiast strażakówe/policjantów pojawiła się głosna grupa Ruskich... taki lajf... za to ponad chmurami pięknie.... no to lecimy!

NY (1) cell

O'Hare

NY (1) cell

powody, dla których lecę, są głównie 3. oczywiscie zobaczyć NY, ale też jest szansa na spotkanie z 4 blogerkami, które czytam od zawsze - z dwiema gadałam już przez skypea, ale to wiadomo, że nie to samo ;) więc teraz może się uda zobaczyć w wersji LIVE Evitę (tu na 100% bo będzie moim przewodnikiem po NY i u niej się zatrzymam), Stardust, Anetę i Kamilę. no i powód, który wzbudza we mnie największy ... strach od momentu wejscia na pokład samolotu - Anderson Cooper ;)

no to lecimy...

w Nowym Jorku samolot ląduje przed 9 rano miejscowego czasu. ponad chmurami piękne słońce, a na ziemi - deszcz leje się jak z cebra.z niecierpliwoscią czekam, kiedy ta mała maszyna schodzi poniżej poziomu chmur. widać domki. myslę sobie - cool - zaraz będzie Manhattan! czekam, czekam, czekam.... domki, domki, coraz niżej i .... lądujemy.... a gdzie Manhattan?!?!

pierwsze foty zrobione telefonem:

wysiadam na JFK. 8 Terminali. "trochę" wieksze od O'Hare - jak wszystko w Nowym Jorku ;) ale pogoda... szaro, pochmurnie.... mam telefon na taksówkę, żeby sobie zamówić. muszę dojechać do Evity, na Brooklyn. postanawiam jednak, że dopóki się da, to będę podróżować metrem, bo chcę poznać Nowojorczyków :) wsiadam więc najpierw w pociąg, który z lotniska ma mnie dowieźć do przesiadki na metro. oczywiscie nie w ten co trzeba, więc najpierw wycieczka po terminalach ;) ale potem przesiadam się we własciwy. docieram na przesiadkę do "Howard Beach". nawet udaje mi się bez problemu samej kupić bilet w automacie he he. podobne maszyny do Chicagowskich w sumie mają w Nju Jorku. pytam tylko goscia z obsługi co do kierunku, w którym powinnam pójsć na stacji metra.

Metro w NY jest 300 razy większe niż to chicagowskie. Jak już człowiek obczai te kierunki, w których należy się poruszać, to poruszanie się metrem jest łatwe i wygodne. tylko trzeba przyswoić o co w tym metrze biega i zasadę działania. nie powiem - trochę to zajmuje czasu!

Sam NY jest 300 razy większy niż Chicago. rzeczywiscie potwierdziły się tu słowa Evity, które kiedys mi napisała - odległosci są większe w Big Apple. wszędzie jest daleko... na Manhattanie to nie jest tak jak w chicagowskim downtown, że sobie można przejsć z jednego końca na drugi. chcemy spod Central Park dostać się na dolny Manhattan do Ground Zero - trzeba podjechać metrem. na piechotę to byłby baaaaaaaardzo długi spacer  ;)

ale jest sobota, rano. wsiadam w metro. za oknami sciana wody. leje i to nieźle.... trochę mnie to przeraża, bo przecież nie przyjechałam siedzieć u Evity w domu, chociaż u niej miło jest :) pogoda jednak zmienną jest :) jadę. na początku wszystko idzie zgodnie z planem. jadę linią A i pilnuję stacji, na której mam się przesiąsć do linii F. oblookuje Nowojorczyków :) sporo turystów z bagażem. ta linia jedzie na Manhattan. ludzie gadają przez telefony, sprawdzają mapę, albo po porstu sobie siedzą czy też stoją. w wagonach więcej miejsc stojących. inaczej niż w Chicago. ale zdecydowanie te wagony muszą pomiescić więcej ludzi, myslę.

NY (1) cell

metro

Dojeżdzam do Jay St. na Brooklynie. tu mam się przesiąsć na F. niestety - okazuje się, że tutaj F nie jeździ, bo weekendowy remont. mam się przesiąsć w autobus... tyle wyczytałam z kartki na peronie.... ale gdzie ten autobus... to może zadzwonię po taksówkę... e nie, nie tak szybko ;) peronem idzie gosciu w pomarańczowej kamizelce. pytam gdzie ten autobus. pokazuje mi gdzie mam isć, gdzie wyjsć i nie ma problemu. idę. wychodzę na zewnątrz. przy chodniku ciąg autobusów... pytam więc kolejnego pana w kamizelce z logo MTA (przewoźnik w NY) i ten dosłownie mnie wsadza w autobus. muszę dojechać na stację, która zwie się X Hwy. za kierownicą autobusu murzynka. upewniam się u niej, że dojadę, gdzie powinnam. a ona: a kto cię tu skierował?? pokazuję pana w kamizelce na chodniku. a murzynka do niego się drze: co ty jej powiedziałes! źle!

no to znów sobie myslę, że może ta taksówka... ale gostek w kamizelce się nie poddaje ;) wchodzi do autobusu i do murzynki: dojedzie z tobą do 18 ulicy, tam jej pokażesz gdzie do metra i stamtąd dojedzie sobie do X Hwy. na co murzynka: no tak.

no to jadę autobusem :) a za oknami.... słońce!!! po prostu pięknie! na przeciwko siedzi jakis gostek, też murzyn, który opowiada, że w NY mieszka od 6 miesięcy i na razie to się orientuje w trasie linii F metra. więc jakby cos, to on też jedzie do 18 Ulicy. nie zgubię się. potem wsiada jeszcze jakas starsza kobieta i też jedzie do 18. jest kilka osób oprócz mnie, które też nie mają pojęcia gdzie są, ale się nie zgubią. bo ci, co wiedzą gdzie są, to pomogą.

dojeżdżamy do 18 Ulicy. zajmuje to trochę czasu. ale już wiem, że w NY jest wszędzie daleko! przesiadka na metro to pikus ;) wsiadam i teraz już blisko do Evity!

pociąg jedzie nad ziemią więc sobie patrzę na krajobraz.... co mi się rzuca w oczy... smieci! leżą w workach na ulicy i ... na dachach!! w NY nie ma tzw. alleys, które mamy w Chicago. smieci wystawia się na chodniku w dniu ich zabierania. a jak nie ma miejsca na chodniku, to niektórzy ... mają na dachu...

NY (1) cell

NY garbages

NY garbages

ale co tam smieci ;) docieram wreszcie, gdzie powinnam dotrzeć... zajęło mi niecałe 2 godziny chyba. niezły wynik, co? ;) kilka minut czekania na stacji metra i poznaję na żywo wreszcie Evitę :) a to pierwszy poznany osobiscie Nowojorczyk - kot Szekspir:

NY (1) cell

biedactwo trochę choruje, ale generalnie jest bardzo miłym kotem :) kochany jest po prostu i tyle!!

no to welcome Brooklyn. chwila odpoczynku, zostawiam graty i wyruszamy na podbój Nju Jorku. plany na resztę soboty to spotkanie ze Stardust i wycieczka na lower Manhattan do 9/11 Memorial. wstęp jest tam za darmo, ale trzeba wczesniej zarezerwować bilety. mamy zarezerwowane. no to wyruszamy. trochę inną linią metra, która na Manhattan jedzie bardzo długo "na powierzchni" więc wreszcie trochę go widzę - ten Manhattan! :)

potem pod ziemię. po wyjsciu z metra mój pierwszy manhattański obrazek:

NY (2) Manhattan

Flatiron

NY (2) Manhattan

jestem tu, jestem! a za mną w oddali Empire State Building

czekamy na Stardust. wreszcie zjawia się. Stardust znam ze skypea, ale na żywo jest jeszcze lepsza! :) dostajemy mały opieprz za spóźnienie i w drogę. na pączki! uprzedzam moje dwie super-przewodniczki, że będę jak japoński turysta - foty wszędzie i z każdej strony ;) na szczęscie im nie przeszkadza!

pierwsze spotkanie z Manhattanem wygląda tak:

pączki są rewelka. udało nam się nawet w tej pączkarni usiąsć na chwilę. z Evitą i Stardust gada się od razu jak z bardzo dobrymi znajomymi. to bardzo komfortowa sytuacja :)

po pączkach wsiadamy w metro i w drogę do miejsca, gdzie stały wieże WTC. 9/11 Memorial. wysiadając z metra trzeba tam przejsć kawałek ulicami. Stardust była w Nowym Jorku wtedy w 2001, kiedy to się stało. opowiada nam co nieco... idąc tymi ulicami ciężko uwierzyć, że to wszystko było zasypane gruzem i pyłem z WTC...

nadal Ground Zero - po 11 latach od tego wydarzenia - to jeden wielki plac budowy. otoczony siatką, znad której wystają dźwigi i rusztowania. nowy budynek WTC pnie się w górę. już go widać i góruje nad wszystkim. kiedy będzie skończony - będzie najwyższym wieżowcem w Stanach - 1 World Trade Center będzie miał 1776 stóp. Wieże WTC miały ponad 1360 stóp wysokosci.

nie bardzo wiemy jak szybkko trafić do wejscia na teren 9/11 Memorial. można jednak zapytać przystojnych nowojorskich gliniarzy ;)

Ground Zero - 9/11 Memorial

zaszczyt robienia foty przypadł Evicie ;) panowie byli bardzo mili :)

to jedyny zabawny moment z tego miejsca. może dlatego, że w miejscu, gdzie to robiłysmy wszystko jest ogrodzone i nic nie widać. więc nie dociera do człowieka jeszcze rozmiar tej tragedii, która miała tam miejsce. i niech się schowają wszyscy ze swoimi teoriami spiskowymi. jak jestescie tacy mądrzy, to pojedźcie sobie tam, na dolny Manhattan, stańcie przy tych dwóch fontannach i popatrzcie...

wejscie do 9/11 Memorial zajmuje chwilę. trzeba obejsć spory kawałek. później dosć długo idzie się już do celu przechodząc m.in. security check. wszędzie sporo gliniarzy. idziemy generalnie po placu budowy.

w miejscu, gdzie stały wieże dwa głębokie baseny-fontanny z wodą. widziałam je już setki razy w telewizji. ale widok w telewizji nie oddaje ich rozmiaru... są wielkie... jak wielkie musiały być więc wieże WTC... sama konstrukcja tych fontann-pomników - GENIALNA. nic lepszego nie można było tam wymyslec. dookoła każdej fontanny wycięte w bronzie nazwiska osób które zginęły - nie tylko w ataku na WTC, ale także w samolotach, w Pentagonie, strażaków, policjantów... prawie 3 tysiące tych nazwisk.... trafiamy na kilka polskich.

wszystko jest tam duże i wszystkiego dużo. ten ogrom przytłacza - oddaje ogrom tej tragedii.... ciężko sobie to wyobrazić, a co dopiero przeżyć...

trochę wkurzające są więc 3 dziewczyny, które traktują Memorial jak kolejną atrakcję turystyczną i odstawiają szopki z pozami i usmiechami przy każdej z fontann, robiąc sobie zdjęcia.... normalnie niesmaczne, jak się na to patrzy. ale widok to niestety częsty. ludzie traktują to miejsce jak kolejną atrakcję do "obfotografowania" się z durnym usmiechem na twarzach. nie twierdzę, że trzeba tam płakać, ale jakos ciężko się tam usmiechnąć...

Ground Zero - 9/11 Memorial

1 WTC pnie się w górę

Ground Zero - 9/11 Memorial
Moje Super-Przewodniczki!

Ground Zero - 9/11 Memorial

w tym miejscu stała południowa wieża WTC... jacy mali są ludzie stojący dookoła...

w odbudowywanym kompleksie WTC powstaje też m.in. muzeum. jeszcze jakis czas poczekamy, nim z tego terenu odjadą dźwigi, znikną rusztowania... ogrom tego wszystkie będzie jednak przytłaczał... nie wiem, czy przychodzą tam osoby, które przeżyły tę tragedię. ja chyba nie byłabym w stanie. przychodzą rodziny tych, którzy zginęli. nazwiska na płytach wyryte w brązie, wycięte umożliwiają wetknięcie tam kwiatów, flag... ludzie zostawiają zapisane kartki papieru...

my zdążyłysmy obejsć obydwie fontanny-pomniki, kiedy nagle zaczęło się chmurzyć. widać było, że zblirza się burza, ale chmury jakos dziwnie za szybko się przesuwały... jak się później okazało w pobliżu Nowego Jorku przeszła jakas trąba powietrzna... nieźle, co...

tutaj więcej zdjęć z 9/11 Memorial:

przed deszczem schroniłysmy się w indyjskiej restauracji, tuż po sąsiedzku do WTC i zaraz obok głównej stacji strażaków tam...

ta restauracja to był dobry wybór. było smacznie, a i nagadałysmy się trochę. deszcz przestał nawet na chwilę padać tuż po wyjsciu z niej. niestety Star musiała nas już opuscić. szkoda, że czas tak szybko zleciał... ale na pewno się jeszcze kiedys spotkamy - pewnie w NY :)

Evita tymczasem zabrała mnie pod budynek giełdy na Wall St.

NY (4) Wall St.

NY (4) Wall St.

NY (4) Wall St.

NY (4) Wall St.

szkoda, że deszcz dawał się nam we znaki już. zdążyłam jeszcze zobaczyć słynnego byka:

NY (4) Wall St.

NY (4) Wall St.

a Evita wysłuchała "wykładu" goscia z Occupy Wall Street - spotkalismy taką małą grupkę protestujących w pobliżu i nieopatrznie Evita do nich zagadała.... a gosciu jak się rozgadał... dobrze, że mój telefon zaczął dzwonić i miałysmy pretekst, żeby kolesiowi przerwać i sobie pójsć ;)

jeszcze tylko szybka wizyta w ciemnym Battery Park, gdzie widziałam nowojorskiego szczura oraz z bardziej przyjemnych widoków - Statuę Wolnosci, podswietloną, stojącą w oddali... i wracamy na Brooklyn...

po pierwszym dniu Nowy Jork wydaje się przytłaczający - może to te odległosci, a może wizyta w 9/11 Memorial... fascynujące jest jednak to, że mam przed oczami obrazki, na żywo - które od zawsze oglądałam w telewizji, na zdjęciach... niesamowite! to jest na prawdę niesamowite uczucie!

teraz czas na niedzielę - będzie w następnym wpisie...

poniedziałek, 20 sierpnia 2012
niedziela w kolorze jeans

nadchodzi taki moment niestety, że ulubione jeansy przecierają się już na tyle, że nie sposób ich założyć - nawet tutaj, w Ameryce, gdzie generalnie ludzie mają w 4-literach co na siebie włożysz... nie lubię tego momentu, bo od kilku lat oznacza dla mnie, że znów się zdołuję totalnie w sklepie, bo się okaże, że nie wchodzę w swój rozmiar...

ale niestety taka chwila nadeszła. jak to zwykle w nieodpowiednim momencie, choć może i moment dobry, bo zaczął się teraz sezon obniżek pod hasłem "Back to school". wymysliłam sobie więc niedzielną wycieczkę do GAP-a przy Logan Sq., miejsca, gdzie w 2005 roku kupiłam sobie pierwsze jeansy w Ameryce w rozmiarze 10.... eh, piekne czasy... ale wracając do rzeczywistości. w GAP-ie fajnie, bo mają przeceny - nawet 60%. więc za jeansy, które normalnie są po $60 - teraz cena jest $30. a jak się jeszcze przytarga ze sobą "reusable bag" z logo GAP-a to odejmują dodatkowo od każdej kupionej rzeczy jeszcze 10%. więc zaszalałam i zakupiłam dwie pary jeansów ;) na resztę starałam się nie zwracać uwagi... ale też nie było nic takiego, co wpadłoby mi w oko.

w drodze powrotnej postanowiłam, że starym zwyczajem tego miejscsa, strzelę sobie spacerek po Milwaukee przez "Jackowo", aż do Belmont Ave. generalnie wiem, czego się po tej dzielnicy spodziewać i wiem, że degradacja tam postępuje, ale lekko mnie zszokowało z jakim szybkim postępem to miejsce obumiera i mówiąc wprost - schodzi na psy... (nie obrażając psów!).

porażka po prostu. niedzielne popołudnie, syf, pijaczki wysiadujące pod sklepami i tawernami. zresztą niewiele ich już tam zostało. większośc budynków na parterze ma już pozamykane "biznesiki". największą popularnością w rejonie cieszą się sklepiki z badziewiem...

szkoda, że zamiast tego przejścia przez "Jackowo" nie poszłam pochodzić sobie po Logan Square i powspominać stare kąty... następnym razem naprawię ten błąd jak nic!

Jackowo

Jackowo

Jackowo

Jackowo

kiedy to było...

nie pamiętam dokładnie, ale to musiał być rok 2005-2006. najbardziej 2005. to 7 lat temu. mieszkałam wtedy na Logan Sq. i jeżdziłam sobie autobusem po ulicy Fullerton do pracy w Dzienniku CHicagowskim. i pamiętam, że przeważnie rano, tym samym autobusem jeździła starsza kobieta. przygarbiona, poruszała się o lasce, powoli. kierowcy zazwyczaj cierpliwie czekali, aż wsiądzie do autobusu. nie wiem ile miała lat. wyglądała na dobre 80 lat. kiedyś podsłuchałam jej rozmowę z kierowcą - skarżyła się, że w tym wieku musi jeszcze pracować. żal mi jej było. ale radziła sobie. trochę mnie zawsze przerażało, jak pomyślałam, że ja w tym wieku i w takim stanie też będę musiała gdzieś do pracy dojeżdżać.... kobieta zawsze przesiadała się ze mną na Fullerton/Austin w autobus jadący po Austin, i kiedy ja wysiadałam kilka przystanków dalej, ona jechała dalej... może do Oak Park? nie wiem.

 

Dziennika już nie ma. wiele się zmieniło. nie jeżdżę w tamte strony. nie mieszkam też już na Logan Sq. ale kiedyś, kilka tygodni temu, jadąc autobusem tak sobie o tej kobiecie pomyślałam... nie wiem dlaczego. ot, jakoś wpadła mi na myśl. chyba w ramach wspomnień kołujących gdzieś w głowie.

i wczoraj, jadę sobie autobusem po Belmont do kolejki, a tu na przystanku Belmon/Pulaski... wsiada ta kobieta!!! ona. dokłądnie taka sama, jak przed laty... ile teraz może mieć lat... to była niedziela, całkiem inny kierunek jazdy więc mam nadzieję, że nie musi już dojeżdżać do pracy...

wysiadła na następnym przystanku, przy Milwaukee.

 

ja pojechałam do kolejki, a potem kolejką na Logan Sq. i przy okazji spotkania tej "znajomej" sprzed lat, trochę sentymentalnie się na tym Logan Sq. zrobiło :)

niedziela, 05 sierpnia 2012
because storm...

tośmy się sztuki wczoraj naoglądali... pomysł był taki, żeby się wybrać do Evanston, mieściny przylegającej do Chicago - więc jest blisko - i zaliczyć "Evanston Lakeshore Art Festival". i jak już się dokulalismy do tego parku na jeziorem, nie spiesząc się zupełnie, bo to przecież sobota, to się okazało, że wszyscy tam zwijali swoje namiociki, bo zbliżała się burza. rzeczywiście zrobiło się trochę ciemnawo...

 3

2

1

no to po zaliczeniu 3 jeszcze nie zwiniętych namiocików postanowilismy, że jednak się gdzieś pod dachem zadekujemy, żeby burzę przeczekać. wybór padł na restaurację "Chilis"... i kurde przez te burzę to mi otyłość grozi.... bo kto to widział, żeby się tak najeść ;)

6

a burza rzeczywiście dała w kość. ponoć z Grant Parku ewakuowano ludzi z Lollapaloozy...

poza tym to Evanston to całkiem miłe miejsce i ja bym tam chyba mogła mieszkać ;) może kiedyś będzie trochę więcej czasu na zrobienie zdjęć, bo na razie moja kolekcja jest co tu kryć marna...

a później w Uptown już w Chicago wyszło słońce i zrobiło się całkiem fajnie.

Chicago, Uptown

sobota, 28 lipca 2012
counting...

powoli trzeba będzie zacząć odliczanie.... ciągle czekam jeszcze na jedno potwierdzenie - najważniejsze! :) ale co tam, uda się. tymczasem przygotowania czas zacząć ;)

books

czwartek, 26 lipca 2012
books, books, books...

jak patrzę na stosik książek, który mi pozostał do przeczytania, to zdrowy rozsądek mi podpowiada, że więcej mi na razie nie trzeba... ale w ten weekend są targi książki w bibliotece Newberry... nigdy tam nie byłam. ale podczas Lit Fest dostała od takiej miłej kobiety zakładkę z informacją o tych targach i tak sobie na nią zerkam i zerkam... wiem, że jak pójdę, to nie ma siły, żebym jakiejś chociaż jednej książki nie kupiła. i wcale mnie nie przekonuje fakt, że nie mam gdzie tych książek gromadzić... no to iść czy nie iść... :)))


View Larger Map

środa, 25 lipca 2012
burza

w mojej ośmioletniej historii bycia tutaj w JuEsEju dwa razy jak dotąd bałam się burzy. pierwszy raz w kilka dni po przylocie, we wrześniu 2004. moja pierwsza burza - głośniejsza od tych w PL i z zalanym mieszkaniem....

drugi raz był dziś. po 6 rano obudziłam się, bo zaczęło padać i wiać, a miałam otwarte okna. zwlekłam się z łóżka, żeby je pozamykać. chwile potem zrobiło się ciemno, runęła ściana deszczu, trochę się błyskało. ale najgorszy był wiatr. drzewo przed domem tak się gięło jak nigdy dotąd. myślałam, że tym razem nie wytrzyma... a jeśli pierdyknęło by na dom, to mojej sypialni by nie było.... więc znalazłam Luisa, wzięłam na ręce i zastanawiałam się czy już się ewakuować na parter domu, czy może przeczekać. ostatecznie przeczekaliśmy w kuchni - ja z Luisem na rękach, mimo jego protestów. bo jak już go trzymałam, to w razie czego łatwiej było się z nim ewakuować niż gonić go po mieszkaniu.

drzewo przed domem na szczęscie wytrzymało. jestem dla niego pełna podziwu. szczerze! bo kilka mniejszych i młodszych w okolicy nie wstrzymało... nie miałam czasu na zdjęcia, tylko w drodze powrotnej z pracy, kiedy musiałam odwiedzić swój bank, to zrobiłam kilka fot telefonem. voila:

 

ABC & ma też niezłą galerię zdjęć, które nadsyłają widzowie. można zobaczyć TUTAJ.

poniedziałek, 23 lipca 2012
Summer evening...

najlepsze w Chicago są ciepłe letnie wieczory. kiedy można spokojnie do późna powłóczyć się po mieście. takie sobotni wieczór tydzień temu zaczął się od Taste of Chicago, gdzie spróbowaliśmy chicago stuffed pizza i jakieś meksykańskie frytki z serem i czosnkiem ;) trochę za późno zabraliśmy się za jedzenie tam, ale udało się coś spróbować. potem spacerkiem do Parku Milenijnego i jeszcze udało się zaliczyć koncert. potem spacerkiem po mieście i krótki przystanek przy ABC 7 Chicago na State St., gdzie akurat o 11pm kończyły się wieczorne newsy. no i powrót do domu.... lato zdecydowanie mogłoby trwać w Chicago pół roku i wymieniać się na drugie pół z wiosną...

100_8983

100_8986

100_9001

100_9010

100_9014

100_9025

100_9038

100_9041

100_9044

100_9046

niedziela, 01 lipca 2012
mydło i powidło

gwoli odnotowania - zaległość najnowsza. te, które mi poza tym zostały to już trudno. stracone... nie mam siły już na tego bloga. ale nie chcę go zamykać. może muszę po prostu przeczekać. aż się skończą (mam nadzieję) moje 14 godzinne dni pracy... :(

 

w niedzielę, tydzień temu przemaszerowała przez Chicago Pride Parade. nie wiem, która to już była parada, którą oglądałam.... chociaż w tym roku mało było patrzenia. bo spotkałam Agę i Andrzeja i jakoś tak miło z nimi było, że już mnie ta parada kompletnie nie ruszała. zmęczenie materiału myślę. poza tym jak co roku było gorąco. a w tym roku do gorąca dołączyła rekordowa liczba oglądających - ponad 850 tyś. więc był tłok!

zdjęcia mam raczej kiepskie z tego, ale jakby się komuś jeszcze chciało oglądać, to proszę bardzo:

najbardziej popularne wśród publiki były też "odwodnienia". na pewno ostatnią, rzeczą, którą zrobiłabym w niedzielę tydzień temu, to wypicie piwa czy innego alkoholu. było jak dla mnie za ciepło. a ludzie pili, mało jedli, stronili od wody i kończyło się "zejściami". straż, policja i służby medyczne miały co robić... żal mi było jak zwykle gości w mundurach w tym upale. ale taki mają "lajf"...

no i to by było chyba na tyle jeśli chodzi o ubiegłą niedzielę.

tymczasem ze spraw aktualnych, to w czwartek mieliśmy 108F (oficjalnie) i było na prawdę ciepło. ja tam cały dzień i wieczór przesiedziałam w jednej, drugiej, a potem 3 pracy to właściwie nie odczułam za bardzo. ale temperatura dała popalić w tym dniu. oczywiście jak wróciłam do domu, to królik spał przytulony do kołdry... zawsze tak jest w upały... widać króliki tak mają ;)

chociaż w domu temperaturka całkiem przyjemna, w okolicach 74-75F, czyli taka moja ulubiona. niestety cieknie nam klimatyzator i coś widzę, że znów wydatek będzie, bo trzeba kupić nowy... problem w tym, że nie mam kiedy po nowy się wybrać. na szczęście w tym tygodniu wypada 4 lipca i pół dnia będę mieć wolne, to może się uda :) na razie po kilkudniowym suszeniu kuchni, którą zalała woda z klimatyzatora, mam taki swój "patent" i jakoś trzymamy się sucho z panem królikiem. patent to folia aluminiowa "heavy duty", z której powstała zgrabna "rynienka" i plastikowe wiaderko ;) trzeba sobie radzić...

tymczasem dzisiaj zadzwonił niespodziewanie mój kolega Karol, z którym się nie widziałam ho ho ho i jeszcze dłużej. wpadł na kilka godzin z Alaski do Chicagowa i przy okazji wpadł na genialny pomysł, żeby się z kilkoma dawno nie widzianymi osobami spotkać. znalazłam się na "liście". nagadaliśmy się jak nie wiem nad michami tajskiego jedzonka. przy okazji już wiem, gdzie polecę na wakacje, jak w końcu będę je mieć! tym bardziej, że zaproszenie już jest :)

na zakończenie soboty poszłam jeszcze na małe zakupy, żeby już wreszcie w niedzielę nie biegać po sklepach i wśród kilku rzeczy kupiłam też i te. nie używam takiego mydła od nie wiem kiedy. wolę w płynie. wygodniej. ale jak te mydełka dziś zobaczyłam w sklepie i powąchałam, to mi się przypomniały stare czasy, kiedy takie rarytasy przywoziła moja babcia z podróży do Niemiec. wsadzało się je wtedy do szafy i za każdym razem, gdy się tę szafę otwierało, to zapach był rewelacyjny... to było coś. więc dziś w ramach wspomnień wydałam na nie $2. tylko szafy nie mam...

yar1

yar2

yar3

poniedziałek, 21 maja 2012
NATO w Chicago

dzisiaj, w niedzielę - bo tutaj jeszcze niedziela - w Chicago rozpoczął się 2-dniowy szczyt NATO. malkontenci oczywiście mówia, że to nic nie warte i bla bla bla... kogo jednak nie ma naszczycie, ten się nie liczy. taka prawda. chodzi tu zarówno o polityków jak i media. ciekawe rzeczy dzieją się też "dookoła" szczytu. Sama impreza odbywa się w McCormick Place, trochę na obrzeżach miasta, nad samym niemal jeziorem. To końcówka downtown i Loop. trochę utrudnia to komuniakację w samym downtown i Loop, bo wiele ulic - w tym biegnąca brzegiem Lake Shore Drive - pozostają zamknięte, albo zajęte przez protestantów. Wokól samego McCormick jest wyznaczona zamknięta strefa, gzie dostęp maja tylko mieszkańcy, którzy udowodnią, że tam mieszkają i służby miejskie. Może to wygląda na jakieś wariactwo z bezpieczeństwem, ale na szczyt przyjechało sporo prezydentów i premierów z całego świata i nie ma się co dziwić, że w Chicago nie chcą mieć w związku z tym żadnej afery i przykrych zdarzeń.

Jak na razie udaje się tego uniknąć. Mimo, że do miasta od połowy ubiegłego tygodnia przeciwnicy NATO zjeżdżali się autokarami nawet z takich odległych zakątków, jak Kalifornia!

Protesty odbywały się w Chicago już od środy. Głównie w okolicach Daley Plaza w downtown. Protestowały m.in. pielęgniarki. Kulminacja jednak przypada na dni szczytu - dziś, w niedzielę i jutro - w poniedziałek. Mimo, że w mieście ostrzegano od dawna przed możliwymi konsekwencjami tych protestów, to raczej z tego, co zauważyłam, mała ilośc "biznesów" na trasie downtown-McCormick zdecydowała się na przykład zabić dechami okna wystawowe.I z tego co widziałam dziś, idąc z protestującymi, to była to słuszna decyzja. Przynajmniej dziś. Zobaczymy jak będzie jutro.

Dziś zaczęło się już rano w Grant parku, gdzie przy Petrilo Shell zebrali się uczestnicy protestu. Początkowo mieli wyruszyć o 12 w południe pod McCormick, ale sprawa się trochę przeciągnęła i wyruszyli koło 2 po południu. Najbardziej w kość wszystkim dała dziś pogoda. Z nieba lał się zar. Widziałam, że na jednym z budynk,ów termometr pokazał 95F. Było na prawdę gorąco. Ale tych kilka tysięcy maszerowało. Otoczeni kordonem policji, z dwóch stron. Na czele protestu szedł Jesse Jackson. Gdzieś na chwilę na czoło pochodu podbiegł mężczyzna, któremu się Jackson nie spodobał, ale szybko wykrzyczał, co miał do wykrzyczenia i poszedł sobie.Poza tym żadnych incydwntów nie było. Wszyscy szli wyznaczoną trasą. Wznosili okrzyki, czasami śpiewali, czasami grali... tylko ten upał.

Pierwszy raz widziałam też taką ilośc policji w Chicago. I to wszyscy w mundurach policji miejskiej.Parę gości w stanowych. Ale 90 % z Chicago. Dużo. Bardzo dużo. Konwojowali cały ten orszak. Było mi ich trochę żal. W tych mundurach, kamizelkach kuloodpornych w tym upale...

Mi samej upał dał w kość. Dobrze, że wzięłam ze sobą czapkę z daszkiem. Bez tego jak nic bym tampadła z jakimś udarem. No i ratował mnie gatorade. dwie butle wypite tam i teraz dwie w domu, kiedy próbuję dojśc do siebie... głowa i tak mnie boli, ale myślę, że bardziej ze zmęczenia.

Doszłam z protestującymi z Grant Parku aż do McCormick. Prawie. Tam niestety trzeba było zawrócić. Ale to akurat dobrze. Upał nieźle mnie wykończył. Czekał mnie jeszcze dość kawałek na piechotę do kolejki... bo strefa przy McCormick zamknięta i komunikacja tam nie jeździła. Oj... nogi to mnie jeszcze teraz tak bolą...

Oglądałam relację ABC 7 Chicago. Po oficjalnym zakończeniu protestu pozostała tam jeszcze grupa,która sprowokowała policję, do uzycia pałek. No cóz - na takie "imprezy" przychodzą rózni ludzi. Także tacy, którzy chcą się pobić. Nie da się uniknąć. Ale i tak po dzisiejszym dniu wygląda to nie najgorzej. Zobaczymy jak będzie jutro.

Tymczasem czas się zabierać za robotę, niestety.

Zdjęcia do zobaczenia na FB - tutaj.

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:

Bookmark and Share