z Miasta Gwarków do Wietrznego Miasta!
piątek, 23 grudnia 2011
first day of winter

pierwszy raz od kiedy jestem w Stanach jest grudzień i nie ma śniegu... i nie będzie na razie. temperatury jak na wiosnę - taką wczesną, marcową. niby zimno, ale nie bardzo. mrozu też nie ma... jakoś tak smutno wyglądają te drzewa bez liści i te ozdoby świąteczne na trawnikach, nierzadko nie sprzątniętych z liści.... wiem, czepiam się o te liście, bo sama pierwszy raz grabiłam w tym roku. ale na prawdę fatalnie wygląda świąteczny świecący reniferek w starych liściach, zwiędłych...

a dziś, w ramach pierwszego dnia kalendarzowej zimy padał deszcz :(

ale żeby nie było tylko tak smutno, to w domu czekała na mnie przesyłka od Jolka. w środku kartka i to - rysunek od Reginki. czyż nie jest piękny?! jutro kupię ramkę i powieszę sobie. a co! reszta już wisi ;)

reginek

z przerażeniem też patrzę- jak co roku o tej porze - na te tłumy przewalające się w sklepach. dziś wracając z pracy zobaczyłam kolejkę w piekarni obok.... tam nigdy wieczorem nie ma ludzi. no, może czasami jakaś zabłąkana osoba, albo ja wchodzę w drodzę do domu. a dziś - kolejka...

ja tam kupować wiele nie będę, bo ile mogę zjeść ja i królik! ja to i może sobie coś świątecznego strzelę nawet, ale Luis... sałata, chrupki, gruszka i herbatniki. menu jak co dzień :)

przy okazji oglądam sobie tutaj jednym okiem Nightline na ABC i pokazują, gdzie w Stanach szaleje zima.... aż ciężko uwierzyć! oprócz tego tornado w Alabamie... nie dla wszystkich święta będą wesołe...

no to może jakiś świąteczny klimacik. w domu w Tarnowskich Górach ciągle jest ta pocztówka dźwiękowa z tą piosenką. moja ulubiona na święta. to wersja akustyczna z ubiegłego roku. też mi się podoba:

czwartek, 15 grudnia 2011
I wish you...

wczoraj przyszedł do firmy gdzie pracuję gościu,który myje okna. lubię go, choć nie jest za bardzo rozmowny. ale zawsze miły. no i myje te okna raz na tydzień za $3 ... żal mi go, bo co to za kwota. jak mam przy sobie kasę, to zawsze daję mu coś więcej. bo te $3 to śmiech na sali...

no ale wczoraj patrzę, a on wchodzi. w środę... myślę sobie, że może zmienił dzień. ale był bez tego swojego wiaderka i przyrządów. za to z kopertą w ręku. dał mi kartkę i życzył Happy Holiday :)

kartka wygląda tak:

1

2

pomyślałam sobie, że gościu kasując te $3 za mycie, to musi się nieźle namachac tymi szczotkami i innymi, żeby z tego $3 na tę kartkę zarobić... ale mimo to chciało mu się trochę na to wydać i przyniósł... miło. bardzo miło.

wtorek, 13 grudnia 2011
Merry Christmas Charlie Brown!

w niedzielnych wiadomościach na kanale ABC 7 zapowiedzieli, że możliwość opadów śniegu na święta wynosi na dzień dzisiejszy 25 procent.... i nie widać, żeby się zmieniło... dziś temperatura w ciągu dnia powyżej 40F.... zaczynam się czuć jak nie w stanie Illinois! nie powiem, żebym tęskniła za śniegiem i zimnem, a tu potrafi być zimno. ale jakoś tak dziwnie się czuję, jak sobie idę w grudniu chodnikiem, w Chicago, a śniegu nie ma. odkąd pamiętam, to 1 grudnia był granicą pomiedzy ciepłą jesienią, a zawaleniem nas śniegiem. zawsze padało! najpóźniej 3-go, ale na początku grudnia zawsze. a tu spadło w ubiegły czwartek trochę i to na razie tyle...

snow

Święta tymczasem nadchodzą wielkimi krokami, co widać głównie po tłumach w sklepach. wybrałam się w niedzielę do downtown z Gosią i jej bratankami. i wpakowaliśmy się w oko cyklonu wybierając do odwiedzenia Christkindle Market na Daley Plaza i Macy's na State. bynajmniej nie w celach zakupowych - tym różniliśmy się od tłumów popylających z siatami.

Na Daley Plaza nie dopchaliśmy się niestety do Mikołaja. Ale na szczęście chłopakom nie było aż tak bardzo żal. Poszliśmy do Macy's pooglądać ruchome wystawy - na zewnątrz, a później w środku namierzyć choinkę.... ale ludzi się tam przewalało... w niedzielę... w sumie smutne. ale tak to już bywa. nie wiem, może jakbym miała kilka setek $$$ do wydania, to też bym tak latała... chociaż jakoś siebie w tym nie widzę.

setek wprawdzie nie mam. ale wydałam dziś całe $9.90 na moje świąteczne drzewko :) zawsze lubiłam choinkę. i w domu w Tarnowskich Górach stała i staje co roku duża, a nawet kilka dużych. ale tutaj nie mam za bardzo miejsca na choinkę. no i nie zawsze było nawet jak ją kupić...

a w tym roku wypatrzyłam w Walgreensie pudełko trójkątne z napisem "Charlie Brown's Christmas Tree". są dwie wersje - większe (24 cale) i mniejsze (14 cali). Moje to wersja większa ;) ale nie mogłam się oprzeć! pod drzewkiem stoi już kilka drobiazgów, które pewnie inni nazwali by śmieciami, ale mi się przyplątały podarowane, albo jako wspomnienie różnych wydarzeń i osób. więc to chyba dobre miejsce dla nich.

poza tym nic nie będę kupować ani za niczym biegać.może tylko kilka tradycyjnych przysmaków na Wigilię postaram się upolować, choć Luis i tak będzie kręcił nad nimi swoim króliczym nosem z niezadowolenia. dla Luisa będzie więc sałata :)

no więc chyba mogę zacząć już powoli świętować :)

a tak to moje drzewko wygląda:

100_4805



tu update spod drzewka:

 

100_4810

piątek, 25 listopada 2011
Thanksgiving 2011

100_4174

100_4162

Miało być 60F i słońce, a było jak zwykle - zimno i ponuro.... Temperatura w ciągu dnia ledwie sięgnęła górnej granicy 40F i jeszcze po 10 rano  zaczęło wiać i to zimnym wiatrem...

ale przez to, że zapowiadali, że będzie tak ciepło i wspaniale, to też i większa ilośc ludzi przyjechała do downtown oglądać paradęz okazji Święta Dziękczynienia. I w tym roku jeszcze zaczęła się o czasie, czyli o 8.30 rano. W ubiegłym roku była godzina spóźnienia...

Dojechałam dokładnie na 8.30. ludzi w cholere, miejsca do zdjęć nie ma. Wymyśliłam sobie, że wysiądę z kolejki tak, by załapać się tam, gdzie parada startuje mniej więcej. ale tam było sporo ludzi. więc poszłam na koniec - dość kawałek. a tam - też dużo ludzi... no to z powrotem klnąc na siebie pod nosem. jeszcze częściowo State St., gdzie parada maszeruje, była zamknięta dla przechodniów i oglądaczy - tylko jakieś wydzielone sektory nie wiadomo dla kogo. więc musiałam obchodzić "dookoła"...

w końcu miejsce znalazłam jakieś takie sobie, żeby nie powiedzieć beznadziejne. dlatego foty do kitu... trudno. nie zawsze się wszystko musi udać. i tak fajnie, że jest ta parada. bo bez tego Thanksgiving to byłby smutny kompletnie - przynajmniej u mnie.

za rok przynajmniej wstanę wcześniej.

---

a całkiem nie w temacie, to od kilku godzin posiadam w swoich zasobach muzycznych album "Boso" Zakopower i powiem, że mnie wzięło.... a nigdy ich nie słuchałam za bardzo.widać kiedyś trzeba było :)

---

Niestety Thanksgiving przyniósł też smutną wiadomość o śmierci Maggie Daley, żony byłego burmistrza Chicago Richarda M. Daley. Od 2002 roku zmagała się z rakiem piersi. Lubiłam ją. Nie była osobą bardzo publiczną, nie pchała się przed kamery i obiektywy. Raczej skoncentrowana na swojej rodzinie. Ale jak już zaangażowana to w realizację programów dla dzieci i uczniów, między innymi "after school matters" - który dawał i daje zajęcie dla dzieciaków popołudniami, po szkole...

Rest in Peace Mrs Maggie Daley [*]

niedziela, 20 listopada 2011
idą święta...

idą idą... na razie w czwartek najbliższy jedyne moje ulubione święto tutaj, czyli Thanksgiving. szkoda tylko,że od kilku już lat spędzam je samotnie, bo nikomu nie zależy, żeby świętować. ale narzekać nie będę. czekam na ulubioną paradę, która chyba nigdy mi się nie znudzi ;)

tymczasem moi sąsiedzi już rozwieszają świąteczne dekoracje.od kilku dni łatwiej mi trafić kluczem w zamek u drzwi po ciemku, bo mam niedaleko to:

neig

zrobione telefonem więc nie najlepszej jakości, ale na spacer z aparatem poczekam, aż ich więcej przybędzie ;)

oficjalnie sezon świąteczny w Chicago rozpoczyna co roku Magnificent Mile Lights Festival na Michigan Ave. i zapalenie światełek na oficjalnej choince. Pierwsza impreza miała już miejsce wczoraj. Od rana na Michigan Ave. odbywały się różne imprezy i koncerty, a wieczorem przemaszerowała parada z bohaterami kreskówek Disneya i zapalono światełka na drzewach na Michigan Ave. właśnie. impreza głównie dla dzieci, a że ulica ta to jeden wielki targ próżności ze sklepami wszystkich możliwych marek i projekatntów, więc generalnie rozpoczął się sezon zakupów.

Parada jest głównie atrakcją dla dzieciaków, ale ja choć nieco stara jestem, to nigdy Myszki Miki na żywo nie widziałam więc postanowiłam spróbować. A do tego dzień był wyjątkowo ciepły jak na listopad i wieczór też. Nawet żal było w domu siedzieć!

Niestety ta fajna pogoda sprawiła też, że podobnie jak ja pomyślało jeszcze około pół miliona ludzi, a drugie pół zgodnie z coroczną tradycją przyszło z dziećmi. Tłok był więc niesamowity. a jeszcze większośc rodziców posadziła dzieciaki na ramionach więc nie było sensu stać w tym tłumie, bo i tak do zdjęć mało co było widać. więc foty tylko tyle i to nienajlepszych. ale Myszkę Miki na żywo wreszcie widziałam ;)

starczyło jeszcze wieczorem czasu na przechadzkę po downtown.

chi

chi

teraz pozostało już tylko oficjalne zapalenie światełek na oficjalnej choince Chicago przy Dalej Plaza - to będzie w środę przed Thanksgiving. I koncerty kolęd i piosenek świątecznych w cieniu "Fasolki". a potem święta, nowy rok jakoś miną i będę czekać na wiosnę.

a! i w Parku Milenijnym działa już lodowisko :)

wtorek, 15 listopada 2011
wojna wcale nie jest tam daleko...

gdzieś tak koło południa usłyszałam jak nad głową latają mi helikoptery. precyzując to nad domem. i pomyślałam, że coś się musiało stać. te helikoptery to zawsze wywołują niepokój. zazwyczaj to stacje telewizyjne filmują z góry jak coś się dzieje. ale zamiast wiadomości, to o 11 włączyłam talk show Andersona Coopera. tyle, że przed 12 musiałam wyjśc, bo umówiłam się z G.

no i wyszłam. idę i widzę, że w oddali na Belmont jakiś tłum stoi na chodniku. ale, że to daleko, a wzrok już nie ten, to szczegółów nie widzę. myślę sobie - no tak. wypadek albo coś. ale dużo tych ludzi mi się wydaje...

no i dochodzę do Belmont, a w miezyczasie dzwoni G. i już wszystko wiem...

uczniowie z pobliskiej szkoły średniej imienia św. Patryka stoją wzdłuż chodnika przy szkole. każdy z nich (chłopaki - bo to szkoła męska) trzyma w ręku flagę. czekają. do tego wszystkie stacje telewizyjne z rozstawionym sprzętem. na przeciwko szkoły Patryka, na chodniku stoją dziewczyny ze szkoły Notre Dame, no i mieszkańcy...

a powód?

za kilka minut przejedzie kondukt żałobny. kilka dni temu w Afganistanie zginął 25-letni kapral Nickolas Daniels. był uczniem st. Patrick High School - teraz uczy się tam jego młodszy brat. a do tego pracował w tej szkole jako trener drużyny futbolowej. w Afganistanie zginął zaledwie po 6 tygodniach służby...

kondukt wyjechał z domu pogrzebowego przy Belmont/Oak Park, pojechał pod dom zabitego żołnierza, pod jego szkołę podstawową, przejechał obok szkoły średniej i pojechał na cmentarz....

smutne to było. kolejna niepotrzebna śmierć...

sobota, 12 listopada 2011
leżał sobie człowiek...

jeśli kiedyś coś mi się stanie i przewrócę się na chodniku, to mam nadzieje, że będzie tamtędy przechodziła moja koleżanka Gosia!!! jeśli nie, to marne szanse, że przeżyję. skąd taki wniosek?

z dziś :(

nie, nie przewróciłam się na chodniku. ale o 11 rano umówiłam się z Gosią na skrzyzowaniu Belmont/Central. bardzo ruchliwym skrzyżowaniu, gdzie pełno jest nie tylko samochodów ale i ludzi. miałysmy razem wyruszyć do Dunkin Donuts.

kiedy dochodziłam do skrzyżowania, to widzę, że Gosia już tam stoi. po drugiej stronie. zielone światło się pali, a ona nie przechodzi. myślę sobie, że może się zagapiła czy coś. ale dostrzegła mnie. po chwili przeszła. i mówi, że po tamtej stronie gdzie stała leży jakiś gościu nieprzytomny, na chodniku. żebyśmy mu pomogły. ona się bała, że go nie zrozumie jeśli nawet coś do niego powie, a on odpowie. choć na to były małe szanse. idziemy więc w kierunku tego gościa.

mężczyzna. raczej wyglądał na Latynosa. starszy. leżał tak, że nogi wystawały mu na ulicę. obok niego przeszło może z 10 osób, nim ja z Gosią tam doszłam. NIKT nie zareagował. z samochodów ludzie się oglądali i głupio uśmiechali.... ZERO reakcji. wiem - wyglądał na pijanego.... ale tego nigdy nie można być pewnym...

próbowałyśmy jakoś nawiązać z nim kontakt. zero.  po prostu nieprzytomny... nie wiem jak długo tam leżał, wciśnięty pomiędzy ławeczkę - bo tam był kiedyś przystanek autobusowy, a taki transformator z prądem. nogi wystawały mu na ulicę. bałyśmy się, że ktoś w końcu podjedzie za blisko chodnika i przejedzie mu po tych nogach...

ludzie dalej chodzili do okoła i nic. ze dwie starsze Meksykanki jedynie zatrzymały się jak tam stałysmy i spytały, czy on żyje. żył, bo oddychał. potem podszedł jedynie jakiś starszy gościu o lasce, kiedy już zadzwoniłam pod 911 i spytał czy wezwałyśmy pomoc.

karetka przyjechała po minucie może. zabrali gościa... chyba był pijany, ale w takim stanie, że mało już tam do niego dochodziło...

jak już pojawiło się pogotowie, to oczywiście zaraz zbiegli się gapie, z lokalu obok, z ulicy, ze sklepów.bo to sensacja, no nie...

gościu prawdopodobnie będzie ok...

kiedy zabrało go pogotowie poszłyśmy z Gosią w swoją stronę. po drugiej stronie skrzyzowania na przystanku czekał na autobus mężczyzna o lasce. powiedziałyśmy mu, że ten co tam leżał będzie ok. gościu do nas w odpowiedzi: mam nadzieję.

wszystko w życiu trzeba przeżyć. telefon na 911 też. byle nie za często.

żal mi tylko tych twarzy, co się głupio śmiały przejeżdżając w swoich samochodach gościowi prawie po nogach... żal mi was ludzie. na prawdę!

sobota, 29 października 2011
a propos Springfield...

to jeszcze ta fota. bardzo ją lubię :) 

springfield capitol

Photo by the best Dariusz J. Lachowski

piątek, 28 października 2011
550 mil...

trochę się wydarzyło w październiku, ale jakoś się nie zebrałam, żeby napisać.... więc trudno... było minęło. idziemy dalej. wracam w każdym razie do bloga. i to z fajną historią myślę :) 

zacząć trzeba od tego zdjęcia zrobionego w maju tego roku:

wtedy pisałam, że mam zaproszenie, które miało się zrealizować do końca czerwca. zrealizowało się we wtorek, 25 października, kiedy nieco spóźnieni, wsiedliśmy w samochód i wyruszyli do Springfield. To było zaproszenie od Skarbnika Stanowego Dana Rutherforda, by odwiedzić go w budynku stanowego parlamentu, porozmawiać, zrobić wywiad, zwiedzić kapitol i Springfield - choć trochę. udało się poza ostatnim punktem. na zwiedzanie Springfield nie było czasu, bo jeszcze zaliczyliśmy Macomb. ale po kolei.

7 rano. wyjazd z Chicago. na początek niezbyt zachęcający obrazek na autostradzie:

58

Ale za to wschód słońca poprawił nastrój. Dzień zapowiadał się rewelacyjnie i taki był :)

57

oficjalnie Google Map "mówi", że do Springfield z Chicago jedzie się 3 godziny i 45 minut. cóż - z prędkością 80 mil na godzinę krócej ;) niezbyt rozsądnie, ale jak za kierownicą siedzi kierowca, któremu możesz zaufać, a zegar bezlitośnie wskazuje, że czas ucieka, to można zaryzykować. w sumie po 8 rano wyjechaliśmy z Hoffman Estates, a pod kapitolem w Springfield byliśmy po 11. 

samo Springfield nie jest dużym miastem. hasło "stolica stanu" zawsze kojarzyło mi się inaczej, ale widać taka amerykańska tradycja, że na te stolice wybiera się mniejsze miasteczka. sam kapitol - robi wrażenie. jak się później okazało ten w Springfield jest wyższy od tego w Waszyngtonie! :)

1

więc dotarliśmy....kilka minut spóźnieni ustawiliśmy się do wejścia, gdzie na nieszczęście przed nami wpakowała się liczna wycieczka niemieckich studentek... jedna bramka, każdy musi zdjąć plecaki, torby, wyjąć zawartość kieszeni. często piszczy alarm, bo faceci w garniturach zapominają, że pasek w spodniach ma klamrę.... no masakra... teraz wiem, że jest tam jeszcze jedno wejście - ale rano nie wiedzieliśmy. odstaliśmy więc swoje...

na swoje usprawiedliwienie mieliśmy 40 pączków ;) okazało się jednak, że Dan Rutherford wchodził do budynku niemal równo z nami więc czasowo się zgraliśmy ostatecznie.

od razu na dzień dobry dostaliśmy zaskakującą propozycję. w budynku kapitolu trwa dość intensywny remont, który akurat teraz objął część, gdzie znajduje się gabinet Rutherforda. więc nie było możliwości by tam przeprowadzić wywiad. zostaliśmy więc zaproszeni do ... stanowego skarbca. na wycieczkę i przeprowadzenie tam wywiadu. po raz pierwszy w historii kapitolu. 

w skarbcu trzymane są przedmioty z bankowych depozytów, które czekają na swoich właścicieli. w większości cenne rzeczy - biżuteria, zabytkowe banknoty, ale także i zdjęcia czy medale których wartość ciężko wycenić. biuro skarbnika organizuje kilka razy w miesiącu imprezy zwane "cash dash", gdzie mozna sprawdzić czy przypadkiem stan nie posiada naszej własności. czasami po prostu nie wiadomo, że babcia, która już nie żyje, swego czasu kupiła nam na przykład obligacje by przekazać w spadku. tylko nie zdążyła o tym poinformować...

do skarbca zeszlismy po krętych, metalowych schodkach. niezłe wyzwanie dla wysokich ludzi! ;)

a to fragment "zawartości" tego miejsca:

52

wszystko jest bardzo dokładnie skatalogowane i opisane:

53

a dostępu bronią 16-tonowe drzwi:

54

to już wywiad - od lewej siedzą Clark Pellett (szef Republikanów w Illinois), Dan Rutherford (skarbnik Illinois), Tomek Zaborowski (publicysta ProgressForPoland.com), Andrzej Jarmakowski (naczelny ProgressForPoland.com) oraz Pan Prezes (wiadomo):

49

a tu pamiątkowe foto ze skarbnikiem, jego asystentami i z pracownikami skarbca, których zamęczaliśmy pytaniami ;)

48

Jak się później okazało najgorzej z nami miała Shirley,która stoi w wiśniowej sukience po prawe stronie i w butach na dość wysokich obcasach... towarzyszyła nam do późnego popołudnia na kapitolu i zażartowała tylko, że następnym razem my przywozimy jej pierogi, a ona zabiera buty na płaskim obcasie. Bo oczywiście chce się z nami spotkać jeszcze :) Dzielna była na tych obcasach. Poszła  z nami dość kawał od kapitolu na lunch, a potem obeszła w ramach wycieczki cały ten kapitol!

a budynek jest niesamowity. z zewnątrz już robi wrażenie, ale w środku! to mała próbka:

47

43

Sala Senatu Illinois:

39

a tu House of Representatives:

35

26

43

na wycieczkę dużo czasu nie było niestety, bo jeszcze czekał nas wywiad z dwoma senatorami - Christine Radogno i Matt Murphy. Radogno stoi na czele mniejszości Republikańskiej. twarda kobieta ;) jakoś tak wypadło, że z Republikanami gadaliśmy w ten wtorek. trzeba będzie jeszcze skoczyć tam ponownie i posłuchać co do powiedzenia mają Demokraci :)

32

szkoda, że nie starczyło już czasu na pochodzenie dookoła kapitolu chociaż, bo musieliśmy po godz. 5pm zbierać się w drogę do Macomb. ale udało mi się tak niemal w biegu jeszcze zrobić to:

17

14

No i pora się zbierać. Wyjeżdżamy ze Springfield:

13

2

12

10

9

Teraz odbijamy jeszcze ciut na zachód do Makomb, gdzie mieści się Western Illinois University. studenci zorganizowali tam coś na kształt debaty kandydatów na prezydenta stanów - z partii republikańskiej. salę podzielono na okręgi elektorskie - z nazwami stanów. akurat kandydaturę Mitta Romney przedstawiał im Dan Rutherford. Innych kandydatów - sami studenci. Do tego część lokalnych dziennikarzy i studentów z uniwersyteckich mediów przygotowani do wywiadów - z Rutherfordem. W jednej z sal zorganizowali coś na kształt centrum prasowego. należy też dodać, że całość "debaty" transmitowała studencka telewizja.

generalnie ciekawe zjawisko. zastanawiałam się z Andrzejem Jarmakowskim, czy w Polsce dałoby się coś takiego zorganizować, na uniwersytecie, wśród astudentów... a może już się coś takiego robi?!

6

5

w każdym razie zasiedliśmy ostatecznie w tym centrum z kartkami "vip" na szyi i obserwowaliśmy co się będzie działo :)

3

4

oj, ale w tym Macomb to już byliśmy zmęczeni... bardzo! generalnie to tak wyglądają zmęczone VIP-y w obiektywie Super Foto, które z nami było:

vipy

no i z Macomb z powrotem do Chicago. Cała nasza trasa we wtorek wyglądała tak:

Jeśli ktoś chce zobaczyć dobre zdjęcia z WIU w Macomb z debaty (na razie) to zapraszam TUTAJ.

I to by było na tyle. prawie piątek już więc czasowo nie najgorzej mi z tym wyszło ;)

wtorek, 04 października 2011
yellow leaf

siedzę sobie jeszcze dziś - bo za 3 minuty północ - i myślę, gdzie się podział wrzesień. umknął mi jakoś...niby był, a nie ma. z tego co jakoś pamiętam, to nie był zbyt piękny. zimno i padało. a ja wrzesień w chicago lubiłam zawsze. może ten październik będzie ciut lepszy w tym roku. czekam.

patrzę co się wydarzyło od ostatniego wpisu.... Taste of Polonia... kiedy to było... nie tak dawno. tak myślę. i fajnie było bo z Agą i Andym i ... ;) "po drodze" spaliła się piekarnia "Pasieka" na "Jackowie", Dziza poleciała do PL, z okazji 11 września w trawnik koło szkoły niedaleko wbito tysiące flag, odwiedziłam ukraińską restaurację no i przyszła jesień, a z tej okazji kupiłam sobie echinaceę i łykam ;)

a! i w tym roku dostałam akredytacje na maraton, ale ile się musiałam nagimnastykować... nie było już łatwo. za dużo osób chce... mi się udało. i strasznie się cieszę. uwielbiam start maratonu i ten klimat tam, wtedy, o wschodzie słońca. bezcenne.

gdyby ktoś chciał też ze mną zagłosować w sobotę przed południem w konsulacie niech da znać. będzie się tam działo :)

no i byłabym zapomniała o imprezie w Muzeum Polskim w Ameryce. imprezie nie wartej wspomnienia, która odbyła się w miniony weekend. poszłam dla aniołów, bo obiecałam i chciałam i nie żałuję! choć z innego powodu byłam na chwilę.ale byłam :)

a dziś J. mnie wyciągnął na jedzenie i klimat tej naszej podróży był niezły... ja to czasami z nim tak lubię. "good time" mówią na to Amerykanie ;) i niech tak już zostanie.

jutro słońce i dzień prawie wolny.znaczy się dziś.

ch

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:

Bookmark and Share