z Miasta Gwarków do Wietrznego Miasta!
środa, 07 września 2011
gorzki smak polonii...

zaraz, zaraz.... próbuję sobie przypomnieć kiedy byłam na Taste of Polonia... daaaaawno temu. jeszcze Karina była w Chicago - i to właśnie z nią i "Starszym Bratem", który wtedy bratem jeszcze nie był, ale już powoli powoli... mam taką fotę z policjantami, którą sobie wtedy zrobiłyśmy...który to mógł być rok... 2005 może. ojej, jak dawno! muszę znaleźć tę fotę ;)

bo na takie imprezy nie chodzę. chyba, że towarzystwo mam fajne. wtedy było fajne. w tym roku tez mnie fajne wyciągnęło - Aga i Andy :) plany były na sobotę, kiedy grała Megitza, ale się nie udało. 

udało się w niedzielę - na Sztywny Pal Azji i nieznany nam, a całkiem niezły Carrion. 

Sztywny Pal Azji zagrał tak:

 

Carrion też trochę mam nagrany, ale jeszcze trochę potrwa nim się zbiorę i załaduję na Tubę...

Taste of Polonia to ma być niby taka impreza, 4-dniowa (w czasie Labor Day Weekend, który zamyka sezon letni), promująca wszystko, co polskie w chicago... pomysł niby dobry, miejsce trochę nietrafione, bo daleko do downtown no i jakoś brak pomysłu - straganiki, przypadkowe występy (po co 4 czy 5 scen jak się nie ma za bardzo kogo na nich pokazać...) no i piwo i jedzenie. i to już wszystko. temat, który można w kółko bez zmian powtarzać od lat.

ale ja sobie posłuchałam SZPAL'a i Carrion i miło spędziłam czas z Agą i Andym, a jeszcze trzymałam w dłoniach pewnego znaczącego Nikona - więc impreza była dla mnie udana. na jeden wieczór - bo, żeby cztery dni tam spędzać, to nie bardzo!

poniżej kilka fot.

poza tym to chłodno w Chicago od soboty.... jesień powoli puka do drzwi. cóż - trzeba się będzie z tym pogodzić...

 

---

 

mam, znalazłam! Taste of Polonia 2005 ;)

TOP

 

to były czasy... ;)

niedziela, 04 września 2011
Jezioro Michigan

zarąbiście, że jest i że Chicago właśnie nad nim położone! jak sobie człowiek stanie na brzegu to wygląda jak nad morzem - tylko woda słodka :) a propo morza, to właśnie słyszałam ostatnio opowieść, jak to jeden "mądry z Jackowa" przekonywał moją koleżankę, że Jezioro Michigan to jest morze, tylko amerykanie sobie to tak nazwali "jeziorem".... cóz, ten pan pewnie o Wielkich Jeziorach nie słyszał...

a to jezioro widziane z plaży przy Montrose, gdzie wybrałyśmy się w pewien poniedziałek z Tereską świętując dzień wolny od pracy - dla niej, a dla mnie przedłużenie weekendu ;)

lakemichigan

lakemichigan

lakemichigan

lakemichigan

lakemichigan

odwiedziłyśmy też wreszcie "Dock at Montrose", gdzie chyba zdecydowanie poranna zmiana obsługująca klientów jest lepsza... no ale będziemy musiały to jeszcze sprawdzić ;) no i zjadłyśmy na plaży cały wór czereśni, co było zdecydowanie bardzo dobrym pomysłem :)

a foty poniżej to już sprzed tygodnia niemal, z niedzielnego spacerku z Dzizą, która niedługo odlatuje znów na długie miesiące z Chicagowa.... szkoda, ale tak tu jest. ludzie latają w te i wewte, szczególnie jak im się studiować zachciało ;)

ale wracając do niedzieli. to była ta niedziela, kiedy w Nowym Jorku szalała "Irene" - huragan, a nad Chicago niebo było zarąbiste. tylko Jezioro Michigan było jakby trochę niespokojne...

lakemichigan

lakemichigan

lakemichigan

lakemichigan

lakemichigan

a to tak w ramach bonusa - Kopernik przed Planetarium Adler'a, widziany z poziomu jeziora ;)

lakemichigan

oraz moi i Dziza :)

moiidziza

i pomysleć, że lato się już niemal skończyło... nie za szybko?! :|

wtorek, 30 sierpnia 2011
3 eggs

czy organizm może się domagać jajek?! nie pamiętam kiedy jadłam jajko ostatnio... daaaawno temu. a dziś wieczorem, po prostu otwarłam lodówkę, zobaczyłam trzy pozostałe jeszcze jajka i po 10 minutach wylądowały "na twardo" na moim tależu. juz zjedzone...

no więc.... light through my vain

i jeszcze I can fly by SENSE:

niedziela, 28 sierpnia 2011
kolejne umierające miasto... (2)

no to zaległe dokończenie z Gary.... musiałam trochę odreagować szczerze się przyznam... niby taka wycieczka z aparatami, ale mi dało... 

 

do opisania - w miarę opisania, bo chyba raczej zostanę przy zdjęciach bardziej - zostały mi dwa miejsca z Gary. opuszczony kościół i budynek, w którym znajdowało się coś na "kształt" opieki społecznej. nie znam dokładnej nazwy. ale zacznę od niego. otóż - jak powiedział mój "przewodnik" o historii tego miejsca: - jak im kazano wyjść tak wstali i wyszli.

na zewnątrz opuszczony i zarośnięty krzakami, drzewami... jak tam weszliśmy?? normalnie, drzwiami głównymi... nie ma żadnych tablic, że wstęp wzbroniony czy coś, nic nie jest zamknięte - bo raczej nie ma już czego zamykać. stoi taki pusty - nie, to nie jest dobre słowo - opuszczony, bo na pewno nie pusty. zacznijmy od takiego widoku, to będzie jeszcze "lajtowe":

gary

w środku... na parterze opuszczone biura. na ścianach kalendarze z 2006 roku, więc to nie tak dawno temu tętniło w tych murach życie. na podłodze i resztkach mebli walają się papiery, zdjęcia, dyskietki.... czy ktoś jeszcze dziś pamięta dyskietki do komputerów??

na piętrze duże pomieszczenie, a tam pomieszane meble, ubrania, książki, płyty... jeden wielki bałagan... i fortepian! tak po prostu, w środku tego wszystkiego.

wygląda to tak - mniej więcej:

ten budynek znajduje się tuż obok opuszczonej poczty z poprzedniego wpisu. obok tego wszystkiego jest czynny urząd social security, dwa wielkie betonowe place i jeszcze jakas ruina w oddali...

dobrze tylko, że wtedy w niedzielę świeciło słońce.... bo bez tego to by już było przygnębiająco na maksa...

no dobra. to teraz kościół Metodystów. kiedyś wyglądał tak:

szczególnie to zdjęcie z reklamą Coca Coli jest takie wymowne....

a dziś wygląda tak:

100_1063

opuszczony w 1975 roku... to moim zdaniem najbardziej przygnębiajace miejsce w Gary. bardziej, niż te walące się domy, w których może i jeszcze jakoś pomieszkują ludzie, a z wiekszości już pouciekali... ale o kościele ja przynajmniej myślę inaczej. rację miał mój "przewodnik" - taki kościół nie mieści się nam w głowie...

a musiał być piękny w środku, taki niezrujnowany... do kościoła przylegają budynki, w których kiedyś mieściła się scena do przedstawień - taki amfiteatr, pokoje gościnne, szkoła, sala gimnastyczna... 

100_1012

w jednym z tych pokoi nawet ostała się klatka, w której trzymano ptaki jakieś:

generalnie strach tam chodzić nawet, bo nie wiadomo kiedy człowiekowi coś na głowę spadnie... i taka cisza w tym kościele. gorsza ta cisza chyba niż te ruiny całościowo...

100_1033

jeśli jeszcze was tych kilka fot nie przygnębiło, to poniżej więcej:

 

 

i to na razie będzie tyle z miasteczka Gary w stanie Indiana. na jakiś dłuższy czas myślę... muszę sobie jakoś to Gary poukładać i  zaakceptować takim, jakie jest. wtedy tam wrócę... może.

niedziela, 14 sierpnia 2011
kolejne umierające miasto... (1)

zalegam z kilkoma wpisami, ale trudno. było minęło. może kiedyś będzie okazja. tymczasem tydzień temu trafił mi się poranny wyjazd niedzielny do Gary w stanie Indiana. od dwóch lat o mieście jest głośno w związku ze śmiercią Michaela Jacksona, który to tam spędził najmłodsze lata i zaczynał swoją karierę. jego rodzinny dom, swego czasu oblegany przez fanów, turystów i lokalnych, którzy zwęszyli dobry w tym interes, w niedzielny poranek stał jakby opuszczony - w ciszy, słońcu i spokoju.

Gary

Gary

niewielki jest ten domek. a i otoczenie niezbyt zachęcające... kiedy tak przyglądaliśmy się domkowi, to z domu po przeciwnej stronie ulicy wyszła kobieta, zabarykadowała drzwi dwoma krzesłami, wsiadła w samochód i odjechała. pewnie do pracy. w kilka minut po tym rozległ się płacz dziecka, które stało za zabarykadowanymi drzwiami... dziwne klimaty...

tutaj więcej z tej części Gary, związanej z Michaelem Jacksonem

Gary było kiedyś tętniącym życiem miastem. W 1906 roku założyło je  United States Steel Corporation  i w zasadzie na tej jednej gałęzi przemysłu całe miasto opierało swoją egzystencję. Kiedy zamknięto stalownie, skończyło się życie miasta... i teraz umiera. podobnie jak Detroit, z tą różnicą, że nie ma w Gary wysokościowców, które straszą pustką.... ale klimat jest przygnębiający... pusto. kiedy wjeżdża się w teren mieszkalny, to wiele domów stoi opuszczonych, z czarnymi dziurami w miejscach okien, walących się... W Gary mieszka największy procent ludności Afro-Amerykańskiej. Tutaj też notuje się najwiekszą przestępczość w Stanach. Smutna statystyka.

Gary

Sklep spożywczy.

Gary

Ten szary betonowy budynek w tle, to biblioteka miejska

Gary

Po prawej, za tą betonową tablicą z "For Sale" jeden z bardzo nielicznych budynków, na drzwiach którego wisiała kartka z informacją, że nie jest opuszczony - jest na sprzedaż.

Gary

Opuszczony zakład fryzjerski.

Gary

Jeden z wielu "biznesów" z oknami zabitymi dechami...

Gary

W podobny sposób "funkcjonuje" w mieście teatr, w którym karierę rozpoczynali Jackson 5 - ma okna zabite dechami, zrujnowane wnętrze. Może kiedys tam wrócę, żeby zrobić zdjęcie...

Na razie powiem tak - wizyta w Gary mnie przybiła. Mimo, że wiedziałam czego się tam spodziewać... ale jednak... widok umierającego miasta to nie jest miły widok. jak powiedziała M., z którą razem przemierzaliśmy Gary - jedyny ratunek, to zaorać wszystko i postawić od nowa... 

Gary leży tylko 25 mil od downtown Chicago. i tak pomyślałam o ludziach, którzy tam mieszkają i na przykład dojeżdżają do pracy w Chicago. są tacy. sama znałam jednego, który pracował na lotnisku Midway. jakie to musi być dołujące, kiedy człowiek z takiego otoczenia jedzie rano do tętniącego życiem miasta, a potem co gorsza musi wrócić do miasta, które umiera... chyba nie dałabym rady tak.

odwiedziłam jeszcze cztery miejsca w Gary, opuszczone... dziś będzie o dwóch - stacji pociągów i poczcie. dwa, które mnie dobiły kompletnie zostawię sobie na następny wpis..

zaczynamy od stacji. tak wyglądała kiedyś:

Union St

a tak wygląda dziś:

Gary

a tutaj poczta - taka, gdzie kiedyś ludzie przychodzili wysłać list, odebrać przesyłkę, pogadać...

na poczcie zrobiłam jedno zdjęcie, które podsumowuje chyba idealnie niedzielną wizytę w Gary. wrzuciłam je już na Facebook'a, ale nie wszyscy tam je mogą zobaczyć. więc się powtórzę - z podpisem pod nim też.

postofficegary

któregoś dnia wszystko minie. dlatego ważne jest gdzie idziemy i z kim...

poniedziałek, 25 lipca 2011
a Marilyn stoi...

MM

nic się nie zmieniła. wygląda perfekcyjnie jak zawsze. stoi w białej sukience, którą podwiewa podmuch powietrza z kratki wentylacyjnej. Marilyn Monroe. jest wielka! ta na Michigan Ave. w cieniu budynku stacji NBC i Chicago Tribune ma 26 stóp wysokości (8 metrów).

nie mogłam sie oprzeć, żeby nie wybrać się jej zobaczyć. no bo jak to... piękny to będzie też widok zimą, jak nas znowu śnieg zasypie, a ona będzie tam stała w tej rozwianej sukience...

na razie dookoła niej i pod nią tłumy. taka perełka pop-kultury. Więcej nieco o MM na Michigan Ave. można przeczytać TUTAJ. nie wszystkim się podoba. ale ja akurat ją taką tam lubię. zresztą w tym miejscu co jakiś czas stoją ciekawe rzeźby.

wracając jednak do MM. widziałam ją po raz pierwszy w środku upalnej niedzieli tydzień temu, a po raz drugi w ubiegły piątek, w środku równie upalnego wieczoru. niezależnie jednak od pory dnia, ani od upału - te tłumy ją tam otaczają.

w świetle dnia wygląda tak:

a wieczorem tak:

MM

MM

MM

no to chyba wystarczy Marilyn na razie.

wygląda na to, że powoli nadrabiam zaległości... chcę tu wrócić regularnie, jak kiedyś. może się uda ...

środa, 20 lipca 2011
Muzyka napędza ten świat

wiem wiem, znów mnie tu nie ma... robie co mogę, żeby bardziej regularnie, ale mi nie wychodzi... więc szybko nadrabiam zaległości. zacznijmy od ubiegłego tygodnia, a raczej końcówki. była baaaaardzo wypełniona muzyką. zaczęło się od czwartku. w ramach Chicago Summer Dance wystąpiła Megitza. jak tu nie pojechać i nie posłuchać, jak się ich po prostu lubi?! no nie da rady. trzeba było zapakować się po 6pm w Blue Line i do downtown, na Michigan Ave. tam ustawiona jest scena, niemal tuż przy chodniku, w parku. przez całe lato w ramach Chicago Summer Dance trwa nauka róznych tańców. wygląda to tak - najpierw przez godzinę uczymy się kroków, ruchów i czego się da, a później jest koncert i wprowadzamy naukę w życie. pod sceną jest duży parkiet, a na nim zawsze chętny do tańca tłum. i wszystko za free.

no i w ubiegły czwartek w ramach koncertu zagrała Megitza. oj... rozgrzali publiczność jeszcze bardziej niż upał, który do Chicago zawitał. wyglądało to mnie więcej tak:

pomysł na tę imprezę jest prosty i genialny. a atmosfera - jak to latem w Chicago - świetna! ludzie nie tylko tańczą, ale standardowo rozkładają się na trawie z kocami, krzesełkami i piknikami :) mimo upałów właśnie ten moment lata lubię w Wietrznym Mieście najbardziej.

tak więc czwartek był z Megitzą, a piątek dla odmiany z muzyką bardziej klasyczną - z Krzysztofem Pendereckim. w ramach Grant Park Music Festival zaprezentowano koncert pod tytułem "Penderecki conducts Penderecki" czyli Penderecki dyryguje Pendereckiego. Usłyszeliśmy jego "Concerto Grosso No.1 for three cellos and orchestra" - to w części pierwszej oraz Bethovena w części drugiej. 

muszę tu przyznać, że to było moje pierwsze spotkanie z Pendereckim. i nie żałuję! niesamowity koncert i niesamowity wieczór. Jay Pritzker Pavilion jest po prostu stworzonym do tego miejscem.

a w niedzielę nie było już tak muzycznie, ale bardziej filmowo. spotkałam się z Marilyn Monroe. ale o tym już w następnym wpisie :)

poniedziałek, 04 lipca 2011
a słońce wysoko na niebie...

jest takie jedno zarąbiste miejsce w Chicago skąd najlepiej ogląda się wschody słońca. chodzi mi o widok na downtown spod planetarium. nic oryginalnego. zresztą sama już tam oglądałam ten wschód parę razy ale nadal mi  szczęka opada, jak to widzę.coś w tym jest. i niech tak zostanie - jak to ostatnio mi napisał miły ktoś :)

jakoś długo mnie tam nie było na tych schodkach pod planetarium. i tak nosiłam sięz myślą, żeby tam sobie pojechać, usiąść i zapomnieć o wszystkim i oglądać ten niesamowity kilkuminutowy spektakl... i cieszyć się jak dziecko, że się to ogląda... ale jak to zwykle - albo nie było kiedy, a jak już było - to było zimno, albo coś tam i coś tam. zawsze znajdzie się jakaś przeszkoda. w ubiegłym roku gips mi wyeliminował lato z życia. w tym roku na razie latem się cieszę.

 

no i tak sobie wymyśliłam, że wreszcie z okazji 4 lipca będzie "długi weekend", co oznacza dodatkowy wolny dzień i musi się wreszcie udać. no i będzie ciepło! no i było i się udało! i jeszcze całkiem niespodziewanie okazało się, że będę tam w zaskakującym dla mnie towarzystwie ;) normalnie - full wypas :) i po dzisiejszej wyprawie jestem w 100 procentach pewna, że ja po prostu kocham te schodki pod planetarium o wschodzie słońca i tyle.

sunrise

sunrise

sunrise

niedziela, 26 czerwca 2011
Tarnowskie Góry w Chicago!!!

jak to mówią - nie znasz dnia ani godziny ;))) jak jestem tutaj w Chicago już prawie 7 lat, to nigdy - mimo poszukiwań - nie udało mi się spotkać nikogo z Tarnowskich Gór. aż do ubiegłego czwartku... ale po kolei.

zaczęło się w czwartek dobrze, bo wyszłam wcześniej z pracy. niemal zaraz spod drzwi zgarnął mnie Pan Prezes. zapakowaliśmy się z panem Andrzejem w trójkę do samochodu i tak progressowa ekipa ruszyła do Society for Art, gdzie odbywa się wystawa polsko-amerykańskich artystów zatytułowana Unzipped. powód był jeden - Dan Rutherford, skarbnik Illinois i już mogę powiedzieć, że przyjaciel Progressu . przyjął zaproszenie i wpadł zobaczyć prace polsko-amerykańskich artystów.no to głupio było się nie pojawić, jak się gościa zaprosiło, co nie ;)

no to się pojawiliśmy.

i kiedy wszyscy tam oglądali obrazy, zdjęcia, rzeźby i instalacje, gadali o sztuce i polityce, to ja sobie chodziła, robiłam zdjęcia i tak oblookiwałam to, co wisiało na ścianach i uwagę moją przykuły bardzo kolorowe obrazy. podeszłam przyjrzeć się im bardziej z bliska. przeczytałam, że ich autorką jest Barbara Sawa. nie miałam pojęcia kto to jest, ale pomiędzy wisiała notka biograficzna. więc się nachyliłam, żeby przeczytać, a tam w pierwszym zdaniu, że Barbara Sawa pochodzi z ... Tarnowskich Gór!!!

normalnie jak to przeczytałam, to tak się zaczęłam cieszyć jak głupia, że się towarzystwo zainteresowało i podeszło sprawdzić co mi się dzieje ;) a razem z towarzystwem podeszła kurator wystawy i przyprowadziła autorkę prac... no i ja od razu do autorki, po polsku: jesteś z tarnowskich gór? a ona: tak. to ja: ja też!

no i obie zaczęłyśmy się cieszyć z tego faktu. ekipa Rutherforda w szoku lekkim ;)

okazało się, że chodziłyśmy z Basią do tego samego liceum, nawet mieszkałyśmy blisko siebie w sumie! a ona przyznała, że jest w Stanach już ponad 20 lat i też jestem pierwszą osobą z Tarnowskich Gór, którą spotkała! to się nazywa co nie! :)))

wymieniłyśmy się wszystkimi możliwymi namiarami. i normalnie nie mogłyśmy się nagadać :) postaram się, żeby ta znajomośc przetrwała tutaj w Chicago! a tak właśnie się prezentują dwie Tarnogórzanki na Milwaukee Ave. ;)

TG

może to takie nienormalne, że ja się tak cieszę, ale ja nie mogę inaczej! :)))) Tarnowskie Góry!!! :)

a TU w sumie sprawca naszego spotkania, bo gdyby nie przyjął zaproszenia.... no i Pan Prezes, który mnie zgarnął bez pytania do samochodu.... ;)))

DR

DR

środa, 08 czerwca 2011
strach tweetować!

oglądam podcast AC360. finał - prawie - sprawy Anthony Weiner'a... ręce opadają. kongresmen, który spędzał czas na wysyłaniu swoich nagich zdjęć jakimś przygodnym kobietom poznanym dlatego, że wysłały mu wiadomośc przez tweeter lub facebooka... niby dorosły facet, a głupi...a te baby to jeszcze głupsze, bo mu ODPISYWAŁY na to i jeszcze wysyłały swoje foty.

kilka dni temu, kiedy sprawa nabierała rozmachu, a Weiner wszystkiemu zaprzeczał i twierdził, ze ktos włamał się na jego konta w portalach społecznościowych a te foty to manipulacja - oglądałam to z rozbawieniem. dziś oglądam z niesmakiem...

do roboty kongresmani a nie do facebooka i tweetera zajmować się głupotami!

z milszych rzeczy to, zakupiłam blendera, czyli taki mikser. i miksuję teraz na potęgę ;) wszystkie możliwe owoce, mleko, jogurt, a nawet pomidory! normalnie - ciekawe kiedy mi się znudzi ;) mój nowy szklano-metalowy przyjaciel wygląda tak:

blender

teraz na przykład skończyłam zmiksowane morele z truskawkami, miętą i brązowym cukrem ;) poezja :)

jakbyście mieli jakiś dobry pomysł na miksowanie, to chętnie spróbuję! evek@gazeta.pl albo zostawiać tu w komentarzach.

 

poza tym to należałoby wspomnieć, że w niedzielę wstałam wcześnie i zrobiłam sobie wycieczkę do downtown. lubię downtown o poranku, bo wtedy jest tam pusto (w miarę) i jest niezłe światło. tym razem wybrałam się w okolicach 9 rano. przez cały weekend w Loop trwał Festiwal Literatury. księgarnie, antykwariaty, wydawnictwa wystawiły swoje namioty z książkami, były spotkania z autorami, mozna było zdobyć autograf pisarza/pisarki. festiwal organizuje Chicago Tribune, w historycznym rejonie Loop zwanym Printers Row. fajny zakątek. muszę tam jeszcze zajrzeć z aparatem.

sama nabyłam tam dwie pozycje - książkę ze zdjęciami Nowego Jorku za całe $9 i album z The Beatles za $5! obie nówki!

books

generalnie atmosfera Lit Fest mi się podobała. i jak zobaczyłam ile ludzi tam przyszło i kupowało książki, to jest nadzieja, że książki jeszcze trochę z nami pożyją, bo ludzie czytają! takie normalne - papierowe z okładkami! :)

pogadałam też chwilę z gościem, który sprzedawał tam Koran w różnych językach. nie wiem po co, ale niech mu będzie.

kilka fot z Lit fest tutaj:

niestety upał dawał się we znaki już, jak wychodziłam z zakątka literatury. na chodzenie na zewnątrz zrobiło sie nieco za ciepło. no i ja głupia wzięłam sobie torbę zamiast plecaka i wszystko było OK, póki nie przybyły mi te dwie ciężkie książki... no gdzie miałam rozum, to nie wiem. ale z tą wypchaną i ciężką torbą dokulałam się jeszcze do Cultural Center i zobaczyłam co tam w galeriach "wisi".

no i jakoś tak szybko mi znów ta niedziela minęła...

| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:

Bookmark and Share