z Miasta Gwarków do Wietrznego Miasta!
środa, 08 stycznia 2014
Trochę przymroziło...

Ponoć tak zimno, jak w poniedziałek i dziś, to nie było w Chicago od 25 lat.... well.... trochę się nie zgodzę. Pamiętam, że w 2009 chyba było przez jeden dzień, przed świętami coś koło -30F, ale kłócić się nie będę.

Teraz straszono arktycznymi mrozami snując tak realną wizję apokalipsy, że ludzie oszaleli... Ponieważ przez cały weekend telewizja ciągle mówiła tylko o tym - to znaczy niskiej temperaturze i to w sposób, jakby do Chicago nadchodził koniec świata, więc w sobotę koło południa wyłaczyliśmy TV. Zaczynał trochę padać śnieg. A jak zwykle trzeba było zrobić normalne zakupy. Słowo NORMALNE jest tu kluczowym. Więc tak koło 5pm wybraliśmy się w kierunku sklepów. Na celu były dwa - Jewel przy Lincoln Ave. i Trader's Joe - przy tej samej ulicy...

Już na parkingu Jewela coś mnie tknęło. Wszystkie miejsca zajęte. Jeszcze mi się nie zdarzyło pod żadnym Jewelem, żeby nie było gdzie zaparkować. A tu - bitwa o miejsca. "Dopadliśmy" kobietę, która podjechała wózkiem do samochodu i zaczęła pakować zakupy... Trwało to ze 20 minut. Zakupy nie mieściły jej się w bagażniku, a nie miała małego samochodu! Musiała część zapakować na tylne siedzenie. W końcu zapakowała i pojechała sobie. Zajęliśmy miejsce po jej samochodzie i ruszyliśmy do sklepu. Po drodze ze zdziwieniem patrzyłam na wypełnione po brzegi wózki innych... No ile można jeść...

W sklepie ostały się tylko dwa koszyki. Takie na kółkach, duże. Nie były nam potrzebne. Więc wzięliśmy taki podręczny. Trochę dziwnie wyglądaliśmy z kilkoma pomidorami, dwoma kawałkami kiełbaski na pizze i jeszcze jakimiś drobiazgami... a w sklepie... PUSTE PÓŁKI! wymiecione warzywa i owoce, buliony w kartonach, chleb jakikolwiek i jajka, a - i mięso - głównie WYPRZEDANE!

Nie wzięła, niestety telefonu i nie zrobiłam zdjęć w tym Jewelu. Podobnie było w Trader's Joe. Ludzie robili foty pustego regału, który zazwyczaj wypełniony jest chlebem. Podobnie wymiecione w warzywach. O pieczarkach zapomnijcie... I wszędzie mega kolejki do kas...

Nie wiadomo było czy się z tego śmiać czy płakać...

W niedzielę pojechaliśmy do kina. W Music Box grają "Pokłosie" Pasikowskiego. Bardzo chciałam zobaczyć. A jeszcze nadarzyła się okazja, że w kinie. Film bardzo dobry. Ciężki. I doskonale rozumiem dlaczego się rodakom nie podoba - no, części rodaków. Nie żałuję, że mimo, iż zaczynało się robić zimno i padał śnieg to udało się pojechać, znaleźć parking i zobaczyć.

A niemal na przeciwko Music Box też jest Jewel. Zajrzeliśmy. P. chciał coś tam jeszcze dokupić na kolację... A w Jewelu .... oczywiście puste półki. Już zabrałam telefon i zrobiłam zdjęcia. Voila:

Kanapeczki prawie wykupione

 

Jajka też prawie...

 

Bulioniki kurze jeszcze są.... kilka

 

Ale cebulę wykupili!

 

Pusto...

 

W chlebach też pusto...

 

Mięsa nie ma...

 

"Chleba" nie ma...

W poniedziałek rano, przed 7, termometr wskazywał -15F - odczuwalan była o 10 stopni gorsza. Ale dało się przeżyć. Autobusy jeździły normalnie. Na drogach pustawo. Dojechałam do pracy. Wróciłam do domu też bez problemu. Dziś, we wtorek, było nieco zimniej - temperatura odczuwalna. Ale dało się poruszać po mieście samochodem. Wstąpiliśmy nawet do sklepu po świerzy chleb, jakieś drobne wędliny...

W nadchodzący weekend będzie 30F... Żeby im się te góry jedzenia nie zepsuły...

poniedziałek, 04 marca 2013
still there!

gdzie byłam, jak mnie nie było? w życiu :) mam wrażenie, jakby brakowało mi oddechu ostatnio. może to dlatego, że wiosna idzie?! :)

w międzyczasie były moje urodziny, o których już pisać nie będę. udały się, mimo, że ktoś bardzo się postarał, żeby je zepsuć. ale co tam - ludzie najważniejsi! a z przyjaciółmi dookoła zawsze się uda :)

potem były urodziny P. :) było miło.

a potem był koncert Wodeckiego! wiedziałam, że będzie fajny, bo gościa lubię jak śpiewa. i był fantastyczny! ile ten gościu ma energii w sobie!  aż mu zazdroszczę! i jednocześnie mi wstyd! bo ja chyba ze 20 lat młodsza, a w tej kwestii nie dorastam mu do pięt.

no i jakoś luty zleciał.

a marzec... zleci jeszcze szybciej. tydzień temu okazało się, że jest wolne większe mieszkanie i możemy się przenosić. znów przeprowadzka.... ale teraz to już na prawdę na dłużej. dla mnie to tylko z 3 piętra na 2. dla P. znów zwożenie gratów.... więc musi być na dłużej, bo komu by się chciało znów z tym wszystkim biegać. i wiem, że wszystko będzie dobrze i niech toczy się tak szybko, to przynajmniej nie ma czasu na myślenie!

to następny weekend z głowy. i następny też, bo 16 marca w Chicago najpierw barwią rzekę na zielono, potem idzie Irlandzka Parada, a wieczorem w Copernicus zagra Brodka... w niedzielę też w Copernicus impreza pana Andrzeja Trzosa. trzeba być!

potem weekend na wytchnienie. a potem lecimy do Nowego Jorku! tak sobie wymarzyłam: Wielkanoc w NYC i udało się... nie mogę się doczekać!!!

tylko dziś wypadła mi samotna niedziela... a pogoda była cudo! mimo, że zimno. ale to słońce... to poszłam sobie zobaczyć jak się miewa Jezioro Michigan. wygląda, że ma się dobrze i jest gotowe na wiosnę! tak jak ja! :)

piątek, 25 stycznia 2013
zima

zima w tym roku nijaka. nie ma śniegu. trochę popruszy w ramach "lake effect", ale co to za śnieg. za to od kilku dni temperatura daje popalić. szczególnie wieczorami i w nocy jest zimno. przymrozki gdzieś tak w okolicach -20C myślę. dziś odpuściło nieco tylko...

ja czekam na wiosnę. bo mój sąsiad Starbucks ma taras i pewnie rozłoży na nim parasolki... już P. ma plan, że będziemy pod tymi parasolkami często siedzieć. .. no więc wiosno MOŻESZ JUŻ PRZYJŚĆ!!!!!! :)

a tak było dziś w Medical District:

niedziela, 20 stycznia 2013
Jestem

przeprowadzka do Uptown postawiła moje życie do góry nogami... nawet nie zdawałam sobie sprawy. listopad przeleciał jak nieszczęsny dreamliner - szybko i boleśnie, za sprawą infekcji nogi. ale już z nogą jest OK. a potem w grudniu... no własnie w grudniu. jakoś chcę tu o tym wszystkim napisać. tylko jak.

jedna mała wiadomość-prośba wysłana na FB sprawiła, że moje życie jeszcze odwróciło się o 360 stopni i lewituje gdzieś w przestrzeni. miałam do dostarczenia plakaty dla klienta, który mieszka daleko na przedmieściach. skrzynia z plakatami ciężka, czas przedświąteczny - wszyscy zajęci.... i wtedy "żaróweczka" nad głową! jest ktoś, kogo jeszcze mogę poprosić. znamy sie wprawdzie od 7 lat chyba, ale kontakt mamy raczej sporadyczny.... ale jak coś się dzieje - na przykład sprawa z moją nogą, to telefon dzwonił od razu z konkretną ofertą, że jak potrzebna pomoc, to o każdej porze dnia i nocy.... więc po kilku chwilach wahania wysyłam zapytanie na FB i dostaję odpowiedź, że "no problem".

i tamten piątek, tak rewelacyjnie spędzony. a później kilka kolejnych dni "wyrwanych" z tygodnia, przyprawiajacych mnie o pozytywne zdziwienie. bo chce sie komuś jechać godzinę, przez całe Chicago, żeby przez następną zjeść ze mną śniadanie... potem noc z gorączka, jakaś dziwnie niespokojna, kiedy nie mogłam zasnąć, a rano obudziłam się i zastałam w swojej skrzynce mailowej wiadomość, przy czytaniu której musiałam sobie usiąść...

no i potem najlepsze święta i koniec roku, których nie zamieniłabym za nic...

wszystko trzeba sobie tylko w głowie poukładać i zacząć się przyzwyczajać, że właśnie tak jak jest, to jest normalnie, a nie, że to wyjątkowe tylko "na chwilę"... normalne, normalne, normalne...

wszystko jednak zbyt idealne... bez fajerwerków, ale nadal zbyt idealne. próbowałam wywalić ze swojej głowy myśl, że jak jest tak dobrze, to coś walnie mnie w głowę z wielkim hukiem...

walnęło.

ale jak sie jest z kimś na dobre i na złe, to należy się cieszyć, że życie toczy się do przodu. Nasze sie toczy i już na pewno nie zawróci.

poniedziałek, 03 grudnia 2012
powtórka z rozrywki

w sobotę o 6am wzięłam ostatnią dawkę antybiotyku, nakarmiłam pana królika i uwaliłam się z powrotem do łóżka zadowolona, że koniec z pobudkami o tak wczesnej porze, wreszcie!

obudziłam się już bez budzika o 9am i pomyślałam, że pora się zbierać. trasa na sobotę wiodła do banku, a potem na jakies małe zakupy, spotkanie z G., która znów przyleciała z PL i z powrotem do domu, bo czeka na mnie trochę pracy... no to wstałam i poszłam do łazienki, a tam... niespodzianka kurna... cała byłam w kropkach - czerwonych i białych. szyja, ramiona, plecy, brzuch, uda, stopy.... tylko nie na łydkach i nie na twarzy... od razu pomyślałam, że to reakcja na antybiotyk... ale brałam cały tydzień i dopiero teraz?

wzięłam szybki prysznic, ubrałam sie, artystycznie owinęłam sobie szyję i pojechałam do banku. potem sklep i G. jak siedziałam z G, to już czułam, że mnie wszystko zaczyna swędzieć... od wyjścia z domu mineły jakies 3 godziny... kupiłam sobie na wszelki wypadek zapas wapna rozpuszczalnego w polskiej aptece i pojechałam do domu... o dziwo udało mi się wreszcie w 100% rozpakować - zrobiłam zaległy porządek z szafą i w mieszkanku od razu jest przestronnie. miło by się tam siedziało, gdyby nie to, że ja cała zaczęłam przypominać jakąś wielką, swędzącą czerwoną ranę. po kropkach nie było śladu - pojawiły się za to czerwone plamy. trochę inne niż na nodze tydzień temu. bardziej intensywne  i lepiej dające znać o sobie... w miezyczasie wpadła do mnie A. (najlepsza sąsiadka ;) z tiramisu. jak mnie zobaczyła, to najpierw była szybka jazda z tiramisu (po kawałku se strzeliłyśmy) a potem zapakowała mnie w samochód i jazda na Ostry Dyżur do Cook County...

i zabawa zaczyna się od początku. najpierw niemiła baba na recepcji.... nie moja wina, że musi w sobotę o 7 wieczorem pracować. ale widocznie babsztyl uważała inaczej. w końcy dała mi opaskę  na rękę i wio do poczekalni. Dobrze, że A. ze mną była... tam jak zwykle zmierzyli mi ciśnienie, temperaturę, ale już nie pytali z czym przyszłam, bo było widać... pielęgniarka była bardzo miła, nie to co babsztyl na recepcji...

na lekarza czekałam chyba ze 3 godziny. wreszcie mnie zawołali i A. ruszyła ze mną... warto było czekać, bo najpierw pojawił się ten sam lekarz, który oglądał moją stopę w ubiegłą niedzielę, a potem przyszedł jeszcze ze swoimi 2 kolegami... na całej trójce można było spokojnie oczy zawiesić. szkoda tylko, że mnie tak swędziało! za to A. skorzystała z okazji i wypytała o całą historię mojej choroby, zatrzymując tych miśków na długo w sali... w ogóle to z naszą wyobraźnią to się nieźle z A. bawiłyśmy w nocy na tym ER. co sprawiło, że te godziny czekania jakoś minęły bez bólu...

ja dostałam nowy lek, maść, kazali mi też połknąć pierwszą dawkę na miejscu i jeszcze pan "niedzielny" doktor, podobnie jak w ubiegłą niedzielę, wrócił i powiedział mi, że na razie to mam taki stan, że w każdej chwili mogę spuchnąć tak, że nie będę mogła na przykład oddychać i wtedy od razu muszę do nich wracać. gostek ma jakąś obsesję w powtarzaniu po kilka razy, jaka może być najgorsza opcja w danym stanie... ale przy tym wszystko dokładnie wyjaśnia (A. poznała nawet budowe komórek ;)  o 2am mogłyśmy wracać do domu...

w niedzielę jeszcze musiałam rano wrócić na ER. ale potem po lekach już się zaczynało robić lepiej. bardzo nieznacznie, ale chociaż mi nie przybywało tego swędzenia... choć jak się zobaczyła wieczorem w lustrze, to się załamałam.... i mam nadzieję, że rzeczywiście do 10 dni mi to zniknie. teraz wszystko robi się czerwone mniej intensywnie i jeszcze trochę swędzi...

a tak mi było żal tej niedzieli! bo było ciepło! prawie 60F. idealnie na spacer. i masa ludzi w tym celu jechała, bo kolejka w jedną i w drugą stronę była pełna. no i grali Chicago Bears (amerykański futbol), bo pełno też ludzi w koszulkach i czapeczkach jechało w stronę Soldier Field...

jak na razie to mi wystarczy wizyt w szpitalu CC... na prawdę... ale na wszelki wypadek odpukuję w niemalowane.

a tak wyglądało downtown z Illinois Medical District w niedzielę przed południem:

 
środa, 14 listopada 2012
moving, moving

przeprowadziłam się. aż mnie skręca, że nie mam czasu, żeby pobiegać po okolicy z apratem. już namierzyłam tu kilka ciekawych miejsc! ale do weekendu nie da rady. na razie nawert nie udało mi się rozpakować. tylko powoli, najważniejsze w miarę rzeczy... ale co tam. biorąc pod uwagę cały ten zamęt i niedogodności, to i tak warto było!!! :)

tak na szybko, to to jest teraz moja okolica:

niedziela, 30 września 2012
Pilsen

wczoraj niespodziewanie udało się odwiedzić jedno z fajniejszych miejsc w Chicago - dzielnicę, która zwie się Pilsen. to za sprawą gościnności Ani! wizyta była krótka i głównie skoncentrowałam się na zaliczeniu Ani kuchni, bo to najlepszy kucharz w mieście jest - i to profesjonalny kucharz! na obiad było to:

"Pumpkin pasta with walnut meat ball"

jej, ale było dobre! nigdy jakoś dynia mi się z mięskiem nie kojarzyła i jeszcze z makaronem....  była też zupa pomidorowa autorstwa Ani... prawdziwa zupa pomidorowa! no i do domu dostałam jeszcze słoiczek powideł śliwkowych. normalnie "I am in heaven" - dzięki ANIA!!!

sama dzielnica jest warta odwiedzenia jej z aparatem. i jestem już z Ania umówiona. a na razie mały przegląd - foty zrobione z samochodu więc są jakie są.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012
kiedy to było...

nie pamiętam dokładnie, ale to musiał być rok 2005-2006. najbardziej 2005. to 7 lat temu. mieszkałam wtedy na Logan Sq. i jeżdziłam sobie autobusem po ulicy Fullerton do pracy w Dzienniku CHicagowskim. i pamiętam, że przeważnie rano, tym samym autobusem jeździła starsza kobieta. przygarbiona, poruszała się o lasce, powoli. kierowcy zazwyczaj cierpliwie czekali, aż wsiądzie do autobusu. nie wiem ile miała lat. wyglądała na dobre 80 lat. kiedyś podsłuchałam jej rozmowę z kierowcą - skarżyła się, że w tym wieku musi jeszcze pracować. żal mi jej było. ale radziła sobie. trochę mnie zawsze przerażało, jak pomyślałam, że ja w tym wieku i w takim stanie też będę musiała gdzieś do pracy dojeżdżać.... kobieta zawsze przesiadała się ze mną na Fullerton/Austin w autobus jadący po Austin, i kiedy ja wysiadałam kilka przystanków dalej, ona jechała dalej... może do Oak Park? nie wiem.

 

Dziennika już nie ma. wiele się zmieniło. nie jeżdżę w tamte strony. nie mieszkam też już na Logan Sq. ale kiedyś, kilka tygodni temu, jadąc autobusem tak sobie o tej kobiecie pomyślałam... nie wiem dlaczego. ot, jakoś wpadła mi na myśl. chyba w ramach wspomnień kołujących gdzieś w głowie.

i wczoraj, jadę sobie autobusem po Belmont do kolejki, a tu na przystanku Belmon/Pulaski... wsiada ta kobieta!!! ona. dokłądnie taka sama, jak przed laty... ile teraz może mieć lat... to była niedziela, całkiem inny kierunek jazdy więc mam nadzieję, że nie musi już dojeżdżać do pracy...

wysiadła na następnym przystanku, przy Milwaukee.

 

ja pojechałam do kolejki, a potem kolejką na Logan Sq. i przy okazji spotkania tej "znajomej" sprzed lat, trochę sentymentalnie się na tym Logan Sq. zrobiło :)

czwartek, 26 lipca 2012
books, books, books...

jak patrzę na stosik książek, który mi pozostał do przeczytania, to zdrowy rozsądek mi podpowiada, że więcej mi na razie nie trzeba... ale w ten weekend są targi książki w bibliotece Newberry... nigdy tam nie byłam. ale podczas Lit Fest dostała od takiej miłej kobiety zakładkę z informacją o tych targach i tak sobie na nią zerkam i zerkam... wiem, że jak pójdę, to nie ma siły, żebym jakiejś chociaż jednej książki nie kupiła. i wcale mnie nie przekonuje fakt, że nie mam gdzie tych książek gromadzić... no to iść czy nie iść... :)))


View Larger Map

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:

Bookmark and Share