z Miasta Gwarków do Wietrznego Miasta!
niedziela, 28 sierpnia 2011
kolejne umierające miasto... (2)

no to zaległe dokończenie z Gary.... musiałam trochę odreagować szczerze się przyznam... niby taka wycieczka z aparatami, ale mi dało... 

 

do opisania - w miarę opisania, bo chyba raczej zostanę przy zdjęciach bardziej - zostały mi dwa miejsca z Gary. opuszczony kościół i budynek, w którym znajdowało się coś na "kształt" opieki społecznej. nie znam dokładnej nazwy. ale zacznę od niego. otóż - jak powiedział mój "przewodnik" o historii tego miejsca: - jak im kazano wyjść tak wstali i wyszli.

na zewnątrz opuszczony i zarośnięty krzakami, drzewami... jak tam weszliśmy?? normalnie, drzwiami głównymi... nie ma żadnych tablic, że wstęp wzbroniony czy coś, nic nie jest zamknięte - bo raczej nie ma już czego zamykać. stoi taki pusty - nie, to nie jest dobre słowo - opuszczony, bo na pewno nie pusty. zacznijmy od takiego widoku, to będzie jeszcze "lajtowe":

gary

w środku... na parterze opuszczone biura. na ścianach kalendarze z 2006 roku, więc to nie tak dawno temu tętniło w tych murach życie. na podłodze i resztkach mebli walają się papiery, zdjęcia, dyskietki.... czy ktoś jeszcze dziś pamięta dyskietki do komputerów??

na piętrze duże pomieszczenie, a tam pomieszane meble, ubrania, książki, płyty... jeden wielki bałagan... i fortepian! tak po prostu, w środku tego wszystkiego.

wygląda to tak - mniej więcej:

ten budynek znajduje się tuż obok opuszczonej poczty z poprzedniego wpisu. obok tego wszystkiego jest czynny urząd social security, dwa wielkie betonowe place i jeszcze jakas ruina w oddali...

dobrze tylko, że wtedy w niedzielę świeciło słońce.... bo bez tego to by już było przygnębiająco na maksa...

no dobra. to teraz kościół Metodystów. kiedyś wyglądał tak:

szczególnie to zdjęcie z reklamą Coca Coli jest takie wymowne....

a dziś wygląda tak:

100_1063

opuszczony w 1975 roku... to moim zdaniem najbardziej przygnębiajace miejsce w Gary. bardziej, niż te walące się domy, w których może i jeszcze jakoś pomieszkują ludzie, a z wiekszości już pouciekali... ale o kościele ja przynajmniej myślę inaczej. rację miał mój "przewodnik" - taki kościół nie mieści się nam w głowie...

a musiał być piękny w środku, taki niezrujnowany... do kościoła przylegają budynki, w których kiedyś mieściła się scena do przedstawień - taki amfiteatr, pokoje gościnne, szkoła, sala gimnastyczna... 

100_1012

w jednym z tych pokoi nawet ostała się klatka, w której trzymano ptaki jakieś:

generalnie strach tam chodzić nawet, bo nie wiadomo kiedy człowiekowi coś na głowę spadnie... i taka cisza w tym kościele. gorsza ta cisza chyba niż te ruiny całościowo...

100_1033

jeśli jeszcze was tych kilka fot nie przygnębiło, to poniżej więcej:

 

 

i to na razie będzie tyle z miasteczka Gary w stanie Indiana. na jakiś dłuższy czas myślę... muszę sobie jakoś to Gary poukładać i  zaakceptować takim, jakie jest. wtedy tam wrócę... może.

wtorek, 24 maja 2011
Będzie o spotkaniach

Zastanawiam sie jak długo znam Krysię.... chyba tak długo jak jestem w Stanach. Krysia przychodziła do wróżki, u której pracowałam po przyjeździe tutaj. polubiłam ją od pierwszego spotkania - Krysię.  świetna kobieta. dlatego po którejś tam wizycie powiedziałam do Krysi, żeby na mnie zaczekała pod sklepem, po drugiej stronie ulicy, bo ja zaraz kończe pracę. wróżka nie rozumiała co mówie po polsku więc jej powiedziałam, że tłumaczyłam Krysi jak wydostać się stąd autobusem... łyknęła.

Krysia zaczekała na mnie. powiedziałam jej wtedy, żeby już więcej do tej kretynki nie przychodziła i nie traciła na prawde dużych pieniędzy. zaprzyjaźniłysmy się. spotykałyśmy się rzadko, częściej może na telefon. ale ją polubiłam. chyba z wzajemnością ;)

potem nagle kontakt nam się urwał... nie pamiętam w sumie już dlaczego. ale bardzo chciałam ją odnaleźć...

i po dwóch latach chyba robiłam zakupy w swoim ulubionym sklepie "A&G". i nagle znajoma twarz się do mnie uśmiecha! Krysia! no ucieszyłam się jak dziecko w tym sklepie. Krysia już mnie nie puściła. okazało się, że mieszka niedaleko. odwiedziłam ją kilka razy. spędziłam z nią i jej rodziną kilka fajnych chwil.

a potem znów się kontakt zerwał. straciłam prace. mój telefon nie działał.... kiedy wreszcie zaczęłam wracać do normalności i zadzwoniłam do niej, to ten numer nie był już jej... ale pomyślałam, że może cud się zdarzy i znów ją spotkam...

i spotkałam ją. prawie rok temu, wychodzę ze sklepu, a tu idzie chodnikiem Krysia! no normalnie.... aż się ludzie patrzyli, bo tak się cieszyłyśmy z tego spotkania...

nie na długo. obiecałam ją odwiedzić. i za kilka dni złamałam nogę... wtedy zapisałam jej numer i zostawiłam tę kartkę w pracy.... a po złamaniu nogi już tam nie wróciłam. ktoś wywalił moje rzeczy no i znów...

sporo o niej myślałam, z nadzieją, że znów musi się udać spotkać...

wyszłam dziś wcześniej z pracy i pomyślałam, że pogoda fajna, to się przejdę do domu. taką drogą trochę dłuższą, którą zazwyczaj nie chodzę. ale pogoda była na prawdę fajna... i tak idę, a tu nagle ktoś krzyczy moje imię....

no nie uwierzycie - Krysia! :)

jesteśmy umówione na sobotę, zeby się nagadać. już się cieszę! :)

 

a propos spotkań, to w sumie nieźle się ten tydzień zaczął. bo w niedzielny poranek byłam w downtown i poznałam gościa, którego lubię od czasów kampanii wyborczej i który próbuje podreperować bardzo dziurawą kasę stanową  - Dan'a Rutherford'a, Illinois State Treasurer, czyli skarbnika stanowego. gościu zawsze się usmiecha i zawsze ma czas dla ludzi - żeby pogadać, żeby odpowiedzieć na pytania czy po prostu uścisnąć rączkę. Poza tym ma bardzo ciekawą przeszłośc, związaną częściowo z Ronaldem Reaganem.

w niedzielę zorganizował szybką konferencję prasową o stanie budżetu Illinois, przed siedzibą władz stanowych w downtown. o 10 rano... cóż - w wolną niedzielę wstało się wcześniej i pojechało. jako ProgressForPoland.com

ale opłacało się, bo zawsze warto poznać fajnych ludzi. nawet pogadałam sobie z Panem Skarbnikiem i mam zaproszenie, które zrealizuje pod koniec czerwca... to wtedy będę mieć fajną rzecz do opisania ;) tymczasem się pochwalę. ten w środku, to Dan Rutherford, po lewej ja, a po prawej Pan Prezes ;)

dowtown

załapałam się też na Festiwal Turecki na chwilę na Daley Plaza. zdjęcia w następnym wpisie ;)

wtorek, 03 maja 2011
w tygodniu odpoczywamy po weekendzie ;)

dawno już tak nie było, żeby weekend pełen był takich wydarzeń. TAKICH. no bo raz na kilkadziesiąt lat zdarza się królewski ślub, a potem zabicie bin Ladena, a pomiędzy .... tragicznie beznadziejny koncert Lady Pank ;) ale po kolei.

z okazji królewskiego ślubu wstałam przed 5 rano w piątek. żadna wielka nowość, bo codziennie wstaję o 5.30am, ale okazja była wyjątkowa. i uważam, że warto było. takie wydarzenie zdarza się raz na kilkadziesiąt lat. oglądało się trochę jak "z innej bajki" i wszystko wydawało się takie mało realne. ale w końcu to miała być baśń i była :)

reszta piątku do 4-liter, bo generalnie ludziom odbijało w tym dniu i zamiast cieszyć się ze zbliżającego weekendu, to wariowali... ale przeżyłam.

sobota powitała mnie słońcem i nadzieją, że może, wreszcie!!!!!, będzie ciepło.... może i było. ale wiało. generalnie kwiecień był okropny - zimny i deszczowy. sobota też przez ten wiatr średnio na jeża. zaczęła się jednak niespodziewanie wycieczką objazdową ze "Starszym Bratem". wycieczka całkiem przez przypadek zakończyła się zdobyciem m.in. takich skarbów:

ziaja

uwielbiam Ziaję. nic na to nie poradzę. jej brak w JuEsEju trochę mi rekompensuje Neutrogena. ale jak tylko gdzieś Ziaje spotykam i mam kilka dolarków do wydania, to wydaję. te dwa kremiki w sumie kosztowały 7 dol. całkiem przyzwoita cena. plus TAX - of kosz. ;)

wieczorem natomiast w miłym towarzystwie udalismy się do Burbank (na południe od Chicago) w celu zobaczenia i posłuchania (jak się łudziliśmy) tego, co mają do zaproponowania panowie z Lady Pank. od zawsze powtarzam, że polskich koncertów należy unikać. wyjątkiem jest Grażyna Auguścik ;) no i ostatnio Leszek Możdżer był genialny... ale do Burbank nie mam szczęścia. byłam tam na koncercie Perfektu z J. i po pierwszych 3 kawałkach wtedy wyszliśmy.

jak by tu napisać w skrócie, bo nie chce mi się powtarzać. w skrócie to powinno być tak, że Lady Pank powinni zmienić nazwę na Porażka Band. głównie panowie Borysewicz i Panasewicz, którzyn już pijani wyszli na scenę w sobotę. a potem było jeszcze gorzej. publiczność sama sobie śpiewała, bo ci dwaj cały czas ze sceny schodzili i znikali za kulisami... a nawet jak łaskawie się pojawiali z powrotem (po 10 minutowych solówkach perkusisty na przykład),to i tak ledwie potrafili ustać na nogach...

jak już byli na nscenie, wyglądało to mnie więcej tak:

LP

LP

LP

najlepszy jednak komentarz do tej imprezy to zdjęcie Darka Lachowskiego, który mam nadzieję się nie obrazi, że go tu fotograficznie zacytuję - ale warto:

Darek_foto

no comments...

po mniej więcej godzinie "grania" Lady Pank byliśmy już tak zniesmaczeni, że w samą pore zadzwoniła Tereska, która mieszka niedaleko, że właśnie wyszła z pracy i czeka na nas. cała czwórką udaliśmy się więc do Tereski i tam nad świerzym melonem odreagowaliśmy ;)

niedziela była taka sobie przez wiatr. zaliczyłam kawę w DD i tyle. za to wieczór przyniósł newsa o zastrzeleniu Osamy bin Ladena. oczywiście zaraz pojawiło się pełno teori spiskowych i oczywiście - jak to modne tutaj - wszystkiemu co złe nie jest wcale winny bin Laden (czy też nie był) tylko wiadomo - Żydzi... polonijna obsesja na temat Żydów ma się całkiem dobrze. niestety.

ale wracając do bin Ladena.

mam mieszane uczucia. pierwszą myślą wcale nie była radość - jak u tych przed Białym Domem, którzy tłumnie biegli tam w nocy. nomen omen - ci świętujący kojarzyli mi się z podobnie cieszącymi się Arabami po udanych atakach w Stanach, którzy tańczyli, cieszyli się i palili amerykańskie flagi...

bo pierwszą myślą było to, jak teraz zemszczą się na Stanach ci pojebańcy (przepraszam za określenie, ale nie mam nic innego, co by bardziej pasowało mi do tych ludzi). dlatego 3mam kciuki za Stardust i Evitę w NY! Stay Safe! bo myślę, że NY znów może być celem... obym się myliła! pożyjemy zobaczymy.

tymczasem mamy poniedziałek i gościem Oprah są Michelle i Barack Obama... coś się chyba ten weekend przedłuża...

poniedziałek, 06 września 2010
LOTem-nielotem...

wypadła mi dziś wizyta na lotnisku O'Hare. wracała z PL po wakacjach koleżanka. obiecałam jej, że stawię się na lotnisku jak przeczytałam, że nikt jej nie odbierze i będzie zdana na taksówkę. koleżanka nie ma problemu z poruszaniem się po Chicago, bo mieszka tu od ho ho ho lat... ale myślę, że smutno jest, jak wraca człowiek z daleka do domu - jakby nie było, a tu nikt na niego nie czeka... no i koleżanka jest fajna. w dodatku w PL spotkała się z moją sister, to chciałam od niej usłyszeć co i jak tam słychać...

niestety koleżanka przyleciała LOT-em. ja raz w życiu miałam do czynienia z LOT-em.na szczęście nie musiałam leciec tymi liniami, ale tamto doświadczenie ugrunotowało we mnie życiową pewność na resztę mojego życia - NIGDY LOT-em NIGDZIE!

no ale koleżanka nie miała za bardzo wyboru tym razem...

dokulałam się więc na O'Hare. chodzę już nieźle, ale w tym bucie poruszanie się niestety ma swoje ograniczenia, bez względu na to, jak bardzo by się człowiek starał.

jak wjeżdżaliśmy z kolegą w okolice terminalu, to LOT-owski samolot właśnie kołował z pasa pod rękaw. udało mi się go tak szybko uchwycić na fotach aż dwóch!

LOT

LOT

dokulałam się więc na terminal 5 - międzynarodowy. pasażerowie z lotu LOT-em, co mnie interesował - przypisani do Wyjścia A, a pod wyjściem A.... masakra. jak zwykle Rodacy licznie przybyli witać bliskich na lotnisko... ja to rozumiem, ale jak się kurna zwalają całą rodziną, to nie może 1-2 osoby poczekać przy wyjściu a reszta gdzieś dalej, albo na zewnątrz... no widać nie może. tłum jak nie wiem i oczywiście wszyscy muszą być najbliżej drzwi - jakby wychodzący uciekali stamtąd i trzeba ich było szybko złapać... murzyn z plakietką TSA co chwile przychodzi i tłumaczy cierpliwie, żeby nie stać w przejściu, bo ludzie przejść nie mogą. ale tłumaczyć to sobie może. wymalowane panie z pasemkami na włosach i w szpilkach na nogach mają tłumaczenia gdzieś.

udaje mi się ignorować te obrazki... ale nie wstrzymuję, jak stojąca niedaleko mnie Arabka z wózkiem wypełnionym bagażami po raz 6 mówi "excuse me" a dziunia na szpilkach... nic.... stoi w przejściu... no to mówię do dziuni po polsku: nie mogłaby się pani przesunąć, bo ta pani chce przejechać do wyjścia?!

dziunia z obrażoną miną się posuwa .... nieznacznie, ale już coś...

no mnie by coś trafiło, ale widać Arabki wytrzymalsze...

standardem jest też pakowanie się w ten i tak już "gęsty" tłum przy niemal samych drzwiach wyjściowych, w których pojawiają się pasażerowie samolotu, wszystkich członków rodziny i witanie z tymi, co właśnie wyszli - tak dokładnie w tym przejściu, co to i tak się już nim przejśc nie da... do tego zaraz wychodzi jeszcze kilka osób, które przez tych witających stoją. i robi się korek... do tego rzecz dzieje się przy schodach ruchomych, które prowadza na wyższy poziom terminalu, gdzie ludzie też się przemieszczają - jeśli na przykład chcą się dostać do kolejki i już katastrofa...

a przecież nie tylko LOT przyleciał. krótko przed pojawianiem się rodaków w drzwiach A zaczęli tamtędy przechodzić Azjaci w większej ilości... więc coś z tego rejonu świata też musiało przylecieć...

przy drzwiach A i B są wydzielone pasami miejsca gdzie można stać - takie "kwadraty" ale i tak rodacy mają to za nic...

więc znów przychodzi murzyn z TSA na plakietce i tłumaczy, żeby się z przejścia zabierać.... pomaga na 2 sekundy. tych co się zabierają zastępują rzesze następnych co myślą, że się może miejsca zwolniły....

no koszmar...

a już kompletnie nie rozumiem po co ludzie na to lotnisko ciągają swoje kilkumiesięczne dzieci.... wiekszośc w nosidełkach, ale widziałam też gościa co nosił takiego malucha na rękach.... w tym tłumie... a jakby się tak potknął?!

koleżanka na szczęście kumata - ta na którą czekałam - i jak zobaczyła co się dzieje za drzwiami A w terminalu (są szklane), to poszła i se wyszła z drugiej strony, drzwiami B, a potem mnie znalazła. za co jestem jej bardzo wdzięczna i że nie trwało to zbyt długo...

wprawdzie znalazłam sobie tam miejsce z tyłu przy kolumience, gdzie mogłam się oprzeć, ale i tak ten tłum mało kumatych Rodaków dawał mi się we znaki...

ja wiem, że to się człowiek cieszy, że rodzina przylatuje, a jeszcze jak ta dawno nie widziana... ale taki terminal - nawet duży - ma swoją pojemność na ludzki rozum ograniczoną.... no na prawdę nie trzeba się zwalać pod drzwi 20 osobową delegacją rodzinną... poza tym nawet jak ktoś tu przyleci pierwszy raz i wyjdzie z 5 terminala to się kurna nie zgubi, bo dookoła lotnisko i parking. miasto jest jakiś kawałek od tego.... więc jak się nawet ktoś zapędzi to się go znajdzie... to po co się pchać przed tymi drzwiami - nie rozumiem!!

koleżanka zresztą jak sobie na ten tłum popatrzyła, to też powiedziała, że choćby się waliło, to latać już LOTem nie będzie. zresztą z samego lotu też nie miała dobrych wrażeń...

no i będzie, że się może LOT-u czepiam, ale jak zobaczyłam ich personel pokładowy co wyszedł.... chyba dawno w Europie mnie nie było i nie bardzo nadążam za trendami.... więcej komentarza nie będzie...

ide spać. mam nadzieję, że LOT mi się nie przyśni!!!! koszmar by to był i tyle.

niedziela, 13 czerwca 2010
2 miliony!

widzieliście kiedyś jak wygląda tłum 2 MILIONÓW ludzi?! ja przeżyłam w Chicago 1 milion podczas pokazu sztucznych ogni w przeddzień obchodów Święta Niepodległości 4 lipca  w 2007 roku. i to mi się wydawało dużo. ale to, co zobaczyłam w piątek w tv (niestety gips mnie przykuł do tv ;O( to sprawiło, że opadła mi szczęka z wrażenia. 2 miliony ludzi ustawiło się na trasie przejazdu autobusów z zawodnikami Blackhawks, którzy po 49 latach przywieźli do Wietrznego Miasta Puchar Stanleya - wygraną w finale rozgrywek NHL.

tak to wyglądało w ABC7 Chicago:

a tak wygląda na zdjęciach Ulubionego Foto (klikać w fote, to się otworzy galeria):

Ulubione Foto jechało w autobusie z Blackhawks i do dziś się nie może uwierzyć w to, co widział. Mówi tylko, że to trzeba było przeżyć i zobaczyć i nie da się tego opisać....

niedziela, 20 września 2009
american dream (8)

ad

a jak dopiszę, że zrobione na parkingu przed Walmartem... ;O)

wtorek, 08 września 2009
american dream (7)

car

tu się trzeba hiszpańskiego uczyć... ;O)

środa, 26 sierpnia 2009
back to life online ;O)

w poniedziałek do mojego domu wróciła cywilizacja... od ponad 3 tygodni nie miałam połączenia z internetem - z moim netem. dwa tygodnie jaokoś się załapałam na darmowego neta-nie-wiem-skąd, ale potem i ta opcja sobie poleciała w kosmos i zostały telefony do AT&T. nie będę się zgłębiać w szczegóły, ale gdybym mogła zmienić AT&T na coś innego to niewątpliwie bym zmieniła!

ale teraz nie ma co rozpamiętywać, tylko trzeba się zabrać za nadrabianie zaległości blogowych. zacznijmy od piątku i mojej wyprawy na pocztę. the BestSister inTheWorld wysłała mi kilka drobiazgów, wśród których znalazł się film ze spotkania klasowego podstawówki. o tym filmie to też powinnam napisać, bo to dzieło jedyne w swoim rodzaju - może kiedyś...

w każdym razie po niemal 4 dniach wybierania się - wreszcie się wybrałam. i to w dniu, kiedy stuknęło mi 5-lecie pobytu w JuEsEju... może dlatego nieco dziwnie się poczułam na poczcie, w kolejce, która liczyła 2 osoby plus ja, kiedy zobaczyłam znajomą twarz... wchodzę sobie, patrzę stoi babcia jakaś i młody gościu - a jego twarz wydała mi się jakoś dziwnie znajoma... gościu też się na mnie tak gapił... i nagle mówi: cześć Ewa!

to był Darek. znajomy Tereski i Mariusza... widziałam go ostatnio ze 3 lata temu, a może i 4... i tak chwilę pogadaliśmy. przy okazji takich spotkań zdaje sobie człowiek sprawę, że rzeczywiście kawał czasu tutaj już za sobą zostawił. tak na co dzień jakoś to wszystko płynie i nie zwraca się uwagi.

w każdym razie spotkanie było miłe. a w drodze powrotnej zobaczyłam to:

carwithnote

carwithnote

carwithnote

chyba więc "włożę" ten wpis do kategorii American Dream. a może zadzwonić pod ten numer?! ;O)

poza tym nic ekscytującego się w piątek już nie wydarzyło. no, dostałam tylko smsa od m. z okazji mojego 5-lecia: "fajnie ze mozna bylo ciebie tu poznac!" - i w związku z tym obaliliśmy z m. Guinnessika wieczorem - ja jednego, bo w sobotę miałam na 5.30am do pracy :O/

--

no dobra... to teraz trzeba się zebrać do kolejnej notki o niedzielnym Chicago Bloggers Photo Day ;O) a w kolejce czeka jeszcze poniedziałek, zachód słońca i "ekscytująca" historia z czarnym upierdliwym gliną.... ale to może po kolei ;O)

sobota, 15 sierpnia 2009
american dream - part 5

wszystko na sprzedaż - wyprzedaż!

yardsale

yardsale

zrobione szybko, z samochodu więc jakość trochę nie ta... ;O)

czwartek, 13 sierpnia 2009
american dream - part 4

kapsle

kapsle

kapsle

kapsle

Ameryka to takie nagromadzenie ludzi, że czasami trzeba się bardzo napracować, żeby się w tym tłumie trochę wyróżnić ;O) Samochód spotkany w nocy z soboty na niedzielę, w chicagowskim downtown (LOOP).

 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:

Bookmark and Share