z Miasta Gwarków do Wietrznego Miasta!
czwartek, 14 marca 2013
we are all green

Jak tylko zaczyna się marzec w Chicago, to nie, ze nie mogę doczekać się wiosny. to bardziej, że nie mogę doczekać się Świętowania Irlandzkiego czyli St. Patrick Celebration. jak co roku - barwienie rzeki na zielono, a potem parada. o ile barwienie rzeki widziałam i obfotografowałam już kilka razy, to parady jakoś mi się nie udało. zawsze tyle ludzi się tam nazbiera, że pobarwieniu już nie sposób się dopchać. a barwienia rzeki szkoda mi minąć... może w tym roku cud się zdarzy ;) zielony cud :P

w ubiegłym roku też miałam plan na Irlandzką Paradę na południu miasta, która przez kilka lat "nie chodziła". i nawet się wtedy wybrałam, ale nie dojechałam, bo zmienił się czas z zimowego na letni, a mi to umknęło wtedy i się spóźniłam na jedyny pociąg w te rejony - parada idzie po Western Ave. daleko na południu miasta. Komunikacją miejską już się tam raczej nie dojedzie.

W tym roku wyjazd na paradę na South Side był tak komfortowy, że aż za bardzo ;) tak bardzo, że parady znów nie widziałam. bo "trochę" się przedłużyło śniadanie w Oak Lawn, w miłym towarzystwie :) i na skrzyżowanie Western ze 101 ulicą dotarlismy jak parada sobie już właśnie przeszła... ale jak to mówią - do 3 razy sztuka. to jeszcze za rok spróbujemy!

Tymczasem z South Side przywiozłam kilka zdjęć takich:

niedziela, 28 października 2012
Złota Polska w Chicago

Jesień. ciągle tu jest, choć dziś dała do zrozumienia, że zima za progiem stoi. ochłodziło się. lubię jesień w Chicago. może trochę z sentymentu, bo była pierwszą porą roku, jaką tutaj zastałam po przylocie. wtedy - w 2004 roku sierpnia prawie wcale nie było, wrzesień był piękny, a w październiku chodziłam w krótkim rękawku. różnie tu bywa. zdarzył się i śnieg w październiku. ale na szczęście nie w tym roku. tydzień temu, w niedzielę było ładnie. miałam spotkanie blisko downtown, to potem nie zastanawiając się, wsiadłam w kolejkę i pojechałam na mały spacer. no więc złota polska w chicago prezentuje się tak:

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

Fall 2012

poniedziałek, 20 sierpnia 2012
niedziela w kolorze jeans

nadchodzi taki moment niestety, że ulubione jeansy przecierają się już na tyle, że nie sposób ich założyć - nawet tutaj, w Ameryce, gdzie generalnie ludzie mają w 4-literach co na siebie włożysz... nie lubię tego momentu, bo od kilku lat oznacza dla mnie, że znów się zdołuję totalnie w sklepie, bo się okaże, że nie wchodzę w swój rozmiar...

ale niestety taka chwila nadeszła. jak to zwykle w nieodpowiednim momencie, choć może i moment dobry, bo zaczął się teraz sezon obniżek pod hasłem "Back to school". wymysliłam sobie więc niedzielną wycieczkę do GAP-a przy Logan Sq., miejsca, gdzie w 2005 roku kupiłam sobie pierwsze jeansy w Ameryce w rozmiarze 10.... eh, piekne czasy... ale wracając do rzeczywistości. w GAP-ie fajnie, bo mają przeceny - nawet 60%. więc za jeansy, które normalnie są po $60 - teraz cena jest $30. a jak się jeszcze przytarga ze sobą "reusable bag" z logo GAP-a to odejmują dodatkowo od każdej kupionej rzeczy jeszcze 10%. więc zaszalałam i zakupiłam dwie pary jeansów ;) na resztę starałam się nie zwracać uwagi... ale też nie było nic takiego, co wpadłoby mi w oko.

w drodze powrotnej postanowiłam, że starym zwyczajem tego miejscsa, strzelę sobie spacerek po Milwaukee przez "Jackowo", aż do Belmont Ave. generalnie wiem, czego się po tej dzielnicy spodziewać i wiem, że degradacja tam postępuje, ale lekko mnie zszokowało z jakim szybkim postępem to miejsce obumiera i mówiąc wprost - schodzi na psy... (nie obrażając psów!).

porażka po prostu. niedzielne popołudnie, syf, pijaczki wysiadujące pod sklepami i tawernami. zresztą niewiele ich już tam zostało. większośc budynków na parterze ma już pozamykane "biznesiki". największą popularnością w rejonie cieszą się sklepiki z badziewiem...

szkoda, że zamiast tego przejścia przez "Jackowo" nie poszłam pochodzić sobie po Logan Square i powspominać stare kąty... następnym razem naprawię ten błąd jak nic!

Jackowo

Jackowo

Jackowo

Jackowo

niedziela, 05 sierpnia 2012
because storm...

tośmy się sztuki wczoraj naoglądali... pomysł był taki, żeby się wybrać do Evanston, mieściny przylegającej do Chicago - więc jest blisko - i zaliczyć "Evanston Lakeshore Art Festival". i jak już się dokulalismy do tego parku na jeziorem, nie spiesząc się zupełnie, bo to przecież sobota, to się okazało, że wszyscy tam zwijali swoje namiociki, bo zbliżała się burza. rzeczywiście zrobiło się trochę ciemnawo...

 3

2

1

no to po zaliczeniu 3 jeszcze nie zwiniętych namiocików postanowilismy, że jednak się gdzieś pod dachem zadekujemy, żeby burzę przeczekać. wybór padł na restaurację "Chilis"... i kurde przez te burzę to mi otyłość grozi.... bo kto to widział, żeby się tak najeść ;)

6

a burza rzeczywiście dała w kość. ponoć z Grant Parku ewakuowano ludzi z Lollapaloozy...

poza tym to Evanston to całkiem miłe miejsce i ja bym tam chyba mogła mieszkać ;) może kiedyś będzie trochę więcej czasu na zrobienie zdjęć, bo na razie moja kolekcja jest co tu kryć marna...

a później w Uptown już w Chicago wyszło słońce i zrobiło się całkiem fajnie.

Chicago, Uptown

poniedziałek, 23 lipca 2012
Summer evening...

najlepsze w Chicago są ciepłe letnie wieczory. kiedy można spokojnie do późna powłóczyć się po mieście. takie sobotni wieczór tydzień temu zaczął się od Taste of Chicago, gdzie spróbowaliśmy chicago stuffed pizza i jakieś meksykańskie frytki z serem i czosnkiem ;) trochę za późno zabraliśmy się za jedzenie tam, ale udało się coś spróbować. potem spacerkiem do Parku Milenijnego i jeszcze udało się zaliczyć koncert. potem spacerkiem po mieście i krótki przystanek przy ABC 7 Chicago na State St., gdzie akurat o 11pm kończyły się wieczorne newsy. no i powrót do domu.... lato zdecydowanie mogłoby trwać w Chicago pół roku i wymieniać się na drugie pół z wiosną...

100_8983

100_8986

100_9001

100_9010

100_9014

100_9025

100_9038

100_9041

100_9044

100_9046

poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Dzień Ziemi

Jakoś nigdy nie trafiłam do Shedd Aquarium. Tyle razy juz tam byłam w okolicy. Ale zazwyczaj jak chciałam wejśc do środka, to kolejka i nie chciało mi się stać. Więc ciągle jakoś odkładane na potem. No i dziś się trafiło, że udało się wejść. Dan Rutherford, zaprzyjaxniony skarbnik stanu Illinois, przysłał info, że w ramach obchodów Dnia Ziemi będzie nurkował w głównym akwarium i czyścił je z innymi nurkami z Shedd. no to brzmiało ciekawie.

Dlatego mój budzik zadzwonił dziś po 7am. (w niedzielę! ;) ale warto było. Pogoda tylko dziś wietrzna. Na szczęście wyszło słońce i nawet  ten wiatr nie przeszkadzał. Tyle, że Shedd połozone jest nad jeziorem, a tam wiało...

100_7604

100_7599

100_7606

Chciałam nawet już po wyjściu z Shedd przejść się do Parku Milenijnego brzegiem Michigan, ale za bardzo wiało. Poszłam przez Grant Park.

100_7608

100_7611

100_7614

100_7618

Ale do rzeczy. Rzecz miała być bowiem o Shedd i Skarbniku. No więc po raz pierwszy widziałam Skarbnika Stanowego w kombinezionie płetwonurka, który sobie pływa w wielkim akwarium. Widok całkiem niezły, trzeba przyznać :) A już na pewno bardzo oryginalny pomysł na świętowanie Dnia Ziemi. Przy okazji FOTO z którym byłam pokazało mi ryby i pingwiny - i jeszcze sporo info o nich przekazało... Więc pracowita niedziela całkiem miła :)

Światło tylko było takie w tym akwarium, że szkoda gadać. Dlatego moje foty są jakie są. Ale lepsze w sumie takie niż żadne, co nie?!

100_7499

100_7483

100_7503

100_7490

Po wynurzeniu z tej rafy karaibskiej, Skarbnik pofatygował się do mediów, żeby opowiedzieć jak było. A przy okazji wspomniał, że rekiny w Shedd są o wiele łagodniejsze, niż te polityczne w Sprigfield :)

100_7510

to chyba tyle na razie. Nieco później dołożę jeszcze pingwiny i trochę rybek. Ale to już całkiem inna "bajka" z dziś... a do Shedd na pewno kiedyś jeszcze wrócę!

święta, święta i po świętach...

kto w ogóle pamięta, że były ;) a ja jeszcze nie zdążyłam napisać o niespodziewanej świątecznej - prawie- wizycie w Lansing w stanie Michigan. to stolica MI - i kolejny capitol zaliczony. a wszystko dlatego, że nagle Panu Prezesowi wypadła wizyta w niejakim Jackson i okazało się, że z tego Jackson jest tylko 30 mil do Lansing. no to żal było nie pojechać. I tym oto sposobem Wielka Sobota zamieniła sie nam w Wycieczkową Sobotę.

b4

b3

b2

b1

Jackson to nie jest jakaś wielka mieścina, więc raczej się tam na długo nie zatrzymaliśmy. ale po sprawdzeniu mapy okazało się, że pora jeszcze dobra i niedaleko do Lansing, stolicy stanu Michigan. No to wykorzystaliśmy ten fakt. Głównie, żeby zobaczyć stanowy capitol. To drugi w mojej kolekcji - po Springfield. A prezentuje się tak:

14

3

A tutaj trochę więcej fot:

 

Lansing było raczej spokojne o tej porze w tę sobotę. Nie ma się co dziwić. To chyba jakaś tradycja, że capitol jest zawsze w stolicy stanu, która to akurat do metropolii nie należy. Stolicą Illinois jest przecież Springfield, które rozmiarem mogłoby zamknąć się w jednej dzielnicy Chicago, myślę. Ale może o to chodzi, żeby było spokojnie.

No i z Lansing wyjechaliśmy nie na autostradę, tylko część drogi pokonując przez okoliczne miasteczka. Z autostrady wiadomo, że mało co widać. A trzeba przyznać, że miasteczka w Michigan są urokliwe. Sama zakochałam się w mieścinie, która zwie się Lake Odessa. Mam zamiar tam wrócic na dłużej :)

No i przez te objazdowe wycieczki była w domu po 1am. ale nie żałuję. Żeby tylko kiedys było więcej czasu, żeby pojechać w to Michigan na dłużej...

niedziela, 01 kwietnia 2012
tyle tyle dookoła ;)

gdzieś byłam jak mnie tu nie było. ciężko pozbierać to wszystko w całość i wreszcie zmobilizować się do pisania. szczególnie jak człowiek spędza prawie 12 godzin codziennie przed kompem, to już na prawdę marzy tylko o tym, żeby tego kompa wyłaczyć a nie bloga pisać.... mimo, że mój blog ostatnio taki porzucony trochę, to jednak go całkowicie nie zostawię. może jeszcze ktoś tu zajrzy :)

no to trochę podgonimy czas :)

na "chwilę" w Chicago zrobiło się lato. Gdzieś tak w drugiej połowie marca temperatury podskoczyły nagle w granicach 90F!!! z leksza szok. mimo, że zimy tak do końca nie było. więc w momencie drzewa, krzaczki i inne oszalały. i tak w okolicach 20 marca przekwitły magnolie, zakwitły drzewa, pokazały się tulipany... a zaraz potem temperatura wróciła do normy i jest zimno. i trochę się boję o te kwitnące drzewa i kwiatki...

 

w nocy z 10 na 11 marca zmieniliśmy czas na letni. co kompletnie mi umknęło i niestety w niedzielę - 11 marca - nie dojechałam na paradę irlandzką na południu miasta...ale byłam zła na siebie... na szczęscie w trakcie spóźnionej o godzinę podróży na południe chicago, jeszcze na północy dopadli mnie Andy i Aga i zamiast parady miałam świetne śniadanie w Uptown w świetnym towarzystwie :) a potem jeszcze spacer nad Jeziorem Michigan. a było pięknie! i ciepło!!!

100_6556

przy okazji wizyty tam miałam wspomnieniową krótką wycieczkę w okolicach Truman College, gdzie chodziłam na angielski, a teraz zapisałam się na kursy online z grafiki, bo już nie ma czasu jeździć tam... ale okolica zrobiła się o wiele milsza, niż była w 2004 roku :)

to jest Truman College:

100_6477

a stamtąd już tylko rzut beretem nad jezioro. poszłam sobie na plażę. siedziałam na piasku i było pięknie :) mniej więcej tak:

aż się nie chciało jechać do domu...

w poniedziałek za to się nieco ochłodziło i zachmurzyło. tak wyglądała droga do downtown w porze tuż przed lunchem:

powodem wycieczki była wizyta w kwaterze głównej Republikanów, bo zbliżały się prawybory w Illinois. nie będę ukrywać, że dla mnie powodem było to, iż zaprosił tam nas Dan Rutherford. za Republikanami nie przepadam. w ogóle za polityka jakoś mało. ale Dan Rutherford jest osobą, której nie da się nie lubić. więc się stawiliśmy - ja i Prezes :) konferencję zorganizowano w ciasnym pomieszczeniu. byłam za to pod wrażeniem, jak dziennikarka sieci NBC, obok której sobie siedziaam, szybko potrafiła wklepywać smsy na swoim blackberry i prawie cała konferencję streściła smsami.... a nie miała lat 20 tylko zdecydowanie więcej! szacunek! bo te klawisze w blackberry takie maleńkie...

100_6624

100_6637

ale przy okazji po zakończeniu konferencji  zdążyłam sobie nieco zwiedzić to miejsce. mają tam kilka ciekawych pamiątek ;)

100_6641

100_6643

100_6639

100_6640

 

Wprawdzie nie udało mi się wtedy w niedzielę dotrzeć na South Side Irish Parade, ale dotarłam na coroczne barwienie rzeki Chicago na zielono do chicagowskiego downtown. i to w miłym towarzystwie :) to było bardzo gorące i bardzo udane przedpołudnie. akurat 17 marca wypadł w sobotę i po raz pierwszy było ciepło!!! bardzo ciepło! szok normalnie.

w tym roku też dzięki akredytacji udało się wejść bardzo blisko gości, którzy barwią rzekę. i to było super doświadczenie. barwnik przez nich używany jest intensywnie pomarańczowy, a rzekę zabarwia na idealnie zielony kolor. co w słońcu, które w tym roku dopisało, wygląda niesamowicie pięknie.

to był zresztą bardzo pracowity weekend. bo w niedzielę okazało się, że trafiła mi się wycieczka na wiec wyborczy Mitta Romney.... bardziej od tego, co tam gadali skoncentrowałam się na podglądaniu mediów ;) i na przkład wiem, że dziennikarze ogólnokrajowej tv potrafią jedną ręka pisać korespondencje, a drugą sprawdzać w tym czasie Facebooka i wyniki meczów na ESPN ;) ale to jeszcze nic wobec tego, co zaobserwowałam kilka dni później w Schaumburgu, co mnie nieco przeraziło.... ale o tym za chwilę. w Vernon Hills to wyglądało tak:

Na fotach na drabinie jest Artur, nasze foto. to historyczna fota ;)

Żeby już skończyć temat Mitta Romney, to we wtorek, 13 marca odbyły się w Illinois prawybory. główna impreza Republikanów popierających Mitta Romney była w hotelu w Schaumburgu. od zaprzyjaźnionego fotoreportera wiem, że media o miejsca na specjalnym podeście tam walczyły już od 1 po południu. kiedy Mitt Romney pojawił się  po 8pm. nieźle co...

w Schaumburgu stawiły się wszystkie ogólnokrajowe media, na czele z CNN'em,które zawsze na żywo robi niezłe wrażenie. ponieważ trafiłam do boksu dla mediów i nie chcieli mnie już stamtąd wypuścić, to się poprzyglądałam co inni robią :)

i tu mnie właśnie przeraziła jedna rzecz. stałam obok podestu dla foto, takiego z boku, trochę od tego głównego. ale ten boczny też był zapchany. i koleś obok którego stałam robił zdjęcia. nie wiem dla kogo. ale miał trzy aparaty na statywach każdy. zmieniał tylko aparaty. wyglądało to tak, że lewą ręką robił zdjęcia, a prawą w tym samym czasie przeglądał zdjęcia z karty wyciągniętej z innego aparatu w laptopie i od razu je wysyłał... podziwiam jego sprawność. ale generalnie to chore. teraz jednak liczy się czas i kto pierwszy, bo wiadomo - do internetu idzie od razu.

Tak więc z 2008 roku mam wejściówkę z HQ Baracka Obamy, a z 2012 - z HQ Mitta Romney.... widać wszystko trzeba w życiu przeżyć ;) choć wejście "do Obamy" było bardziej dramatyczne i lepsza była z tego historia. a do Romney'a - przyszłam, pokazałam akredytacje i weszłam...

ale dość polityki. bo generalnie te wszystkie wiece są męczące. w takim Vernon Hills na przykład temperatura na tej sali, gdzie było to spotkanie dochodziła prawie do 100F chyba. strasznie duszno i ciepło tam było, a do spędzenia było przynajmniej ze trzy godziny tam :(

dla równowagi chyba teraz zrobiło się zimno. bardzo zimno.

może w następnym poście napiszę o moim nowym koledze z pracy, który jest Czechem z pochodzenia, zabawnie mówi po polsku i w ogóle potwierdza regułę, że Czesi to wyluzowany naród z poczuciem humoru :)

ale to chyba do następnego ;) dziś mi zdecydowanie wystarczy stukania w klawiaturę.

---

a!!! jeden jeszcze ważny news. zostałam ponownie ciocią! mój "Starszy Brat" dorobił się super córeczki :) jeszcze się nie poznałyśmy na żywo ale wszystko wkrótce przed nami :)

niedziela, 19 lutego 2012
Blue Chicago

tydzień temu Chicago było takie niebieskie, w niedzielę. nawet zimą jest wtedy do zniesienia :) choć w tym roku zima jaka jest - każdy widzi. bardziej wiosna cały czas, ale nie taka fajna wiosna, tylko taka z początków marca... szaro, ponuro, niby nie zimno, ale zimno... trudno. do marca jeszcze kilka dni, potem kwiecień. jakoś przemęczę się.

tydzień temu trafiłam nad jezioro, w okolicach polskiego konsulatu. jakaś nieźle pojebana grupa ludzi (około 200) przyszła tam protestować przeciwko nie wpuszczeniu Telewizji Trwam na multipleksa, czyli jakąś tam powstająca w Polsce platformę cyfrową. Mało, że protestowali przeciwko czemuś, co ewidentnie dzieje się w PL i tam raczej ma się na to wpływ, to jeszcze przed zamkniętym w niedzielę konsulatem. wiocha totalna - nie obrażając wsi. jakby ktoś chciał sobie zdjęcia tych kretynów pooglądać, to są TUTAJ.

tymczasem pogoda była idealna na spacerek więc odbębniłam z tymi kretynami z 5 minut może, a później przeszłam na drugą stronę Lake Shore Dr. i poszłam sobie na spacer brzegiem - tak daleko, jak tylko było to możliwe, bo niestety zalegał tam lód. a po lodzie chodzić nie będę, bo mi jedna złamana noga wystarczy. więcej nie chcę.

a było tak - niebiesko:

 

przy okazji zaliczyłam też kolejny Auto Show w środę, 8 lutego. Trochę mnie już nudzi ta impreza. rok temu było najfajniej, bo byłam z Z. a on się zna na każdym samochodzie i generalnie jest na bierząco w temacie, więc miałam full przegląd imprezy - i wizualny i techniczny. w tym roku byłam sama i jakoś próbowałam się zmusić, żeby mnie te samochody zainteresowały bardziej. ale oprócz Fiata 500 nic mnie nie wzrusza. kompletnie... może za rok?

a tu przegląd 104. Chicago Auto Show - jakby się komuś chciało. dziś zamykają, więc jak ktoś chce sobie na żywo zobaczyć, to musi poczekać na przyszłoroczną edycję.

 

no i to by było w zasadzie na tyle... dziś ambitny plan na "Fasolkę"  i iluminacje. może się uda?!

piątek, 25 listopada 2011
Thanksgiving 2011

100_4174

100_4162

Miało być 60F i słońce, a było jak zwykle - zimno i ponuro.... Temperatura w ciągu dnia ledwie sięgnęła górnej granicy 40F i jeszcze po 10 rano  zaczęło wiać i to zimnym wiatrem...

ale przez to, że zapowiadali, że będzie tak ciepło i wspaniale, to też i większa ilośc ludzi przyjechała do downtown oglądać paradęz okazji Święta Dziękczynienia. I w tym roku jeszcze zaczęła się o czasie, czyli o 8.30 rano. W ubiegłym roku była godzina spóźnienia...

Dojechałam dokładnie na 8.30. ludzi w cholere, miejsca do zdjęć nie ma. Wymyśliłam sobie, że wysiądę z kolejki tak, by załapać się tam, gdzie parada startuje mniej więcej. ale tam było sporo ludzi. więc poszłam na koniec - dość kawałek. a tam - też dużo ludzi... no to z powrotem klnąc na siebie pod nosem. jeszcze częściowo State St., gdzie parada maszeruje, była zamknięta dla przechodniów i oglądaczy - tylko jakieś wydzielone sektory nie wiadomo dla kogo. więc musiałam obchodzić "dookoła"...

w końcu miejsce znalazłam jakieś takie sobie, żeby nie powiedzieć beznadziejne. dlatego foty do kitu... trudno. nie zawsze się wszystko musi udać. i tak fajnie, że jest ta parada. bo bez tego Thanksgiving to byłby smutny kompletnie - przynajmniej u mnie.

za rok przynajmniej wstanę wcześniej.

---

a całkiem nie w temacie, to od kilku godzin posiadam w swoich zasobach muzycznych album "Boso" Zakopower i powiem, że mnie wzięło.... a nigdy ich nie słuchałam za bardzo.widać kiedyś trzeba było :)

---

Niestety Thanksgiving przyniósł też smutną wiadomość o śmierci Maggie Daley, żony byłego burmistrza Chicago Richarda M. Daley. Od 2002 roku zmagała się z rakiem piersi. Lubiłam ją. Nie była osobą bardzo publiczną, nie pchała się przed kamery i obiektywy. Raczej skoncentrowana na swojej rodzinie. Ale jak już zaangażowana to w realizację programów dla dzieci i uczniów, między innymi "after school matters" - który dawał i daje zajęcie dla dzieciaków popołudniami, po szkole...

Rest in Peace Mrs Maggie Daley [*]

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:

Bookmark and Share