z Miasta Gwarków do Wietrznego Miasta!
Kategorie: Wszystkie | Chi-City | Luis | NY | Tarnowskie Góry - Chicago | american dream | ba | foto | frontsY | holidays | konwersejszyn | movie | road ahead | sounds | text You | video
RSS
poniedziałek, 18 lipca 2016
Do trzech razy sztuka

Blox już dawno na zasłużonej emeryturze. Czas na restart :)

https://ewwwek.wordpress.com/

 

 

środa, 25 lipca 2012
burza

w mojej ośmioletniej historii bycia tutaj w JuEsEju dwa razy jak dotąd bałam się burzy. pierwszy raz w kilka dni po przylocie, we wrześniu 2004. moja pierwsza burza - głośniejsza od tych w PL i z zalanym mieszkaniem....

drugi raz był dziś. po 6 rano obudziłam się, bo zaczęło padać i wiać, a miałam otwarte okna. zwlekłam się z łóżka, żeby je pozamykać. chwile potem zrobiło się ciemno, runęła ściana deszczu, trochę się błyskało. ale najgorszy był wiatr. drzewo przed domem tak się gięło jak nigdy dotąd. myślałam, że tym razem nie wytrzyma... a jeśli pierdyknęło by na dom, to mojej sypialni by nie było.... więc znalazłam Luisa, wzięłam na ręce i zastanawiałam się czy już się ewakuować na parter domu, czy może przeczekać. ostatecznie przeczekaliśmy w kuchni - ja z Luisem na rękach, mimo jego protestów. bo jak już go trzymałam, to w razie czego łatwiej było się z nim ewakuować niż gonić go po mieszkaniu.

drzewo przed domem na szczęscie wytrzymało. jestem dla niego pełna podziwu. szczerze! bo kilka mniejszych i młodszych w okolicy nie wstrzymało... nie miałam czasu na zdjęcia, tylko w drodze powrotnej z pracy, kiedy musiałam odwiedzić swój bank, to zrobiłam kilka fot telefonem. voila:

 

ABC & ma też niezłą galerię zdjęć, które nadsyłają widzowie. można zobaczyć TUTAJ.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012
rozczarowanie Chylińską

normalnie nie chodze na polskie imprezy w Chicago. bo zawsze wydana na bilety kasa jest zmarnowana. do tej pory może na dwóch imprezach nie żałowałam, że byłam i kupiłam bilet...

nie przepadam też za Agnieszką Chylińska, chociaż jak gdzieś w radiu grają jej piosenkę, to nie wyłączam. no i w ubiegły weekend Chylińska zawitała do Chicago na dwa koncerty. normalnie pominełabym to w swoich weekendowych planach, ale Tereska sie uparła, że jak jest koncert w piątek, to ona ma wolne i idziemy, bo nigdzie nie chodzi... próbowałam jej wybić z głowy, ale sie nie dało. kupiłyśmy więc bilety wydając po $30 na "łebka".

na dodatek w piatek było zimno... to już powinno zniechęcić. ale nie Tereskę. cała impreza miała się rozpocząć o 7pm. Dotarłyśmy na miejsce przed 7 i zgodnie skierowałysmy kroki do Dunkin Donuts. Bardzo rzadko imprezy rozpoczynają się o czasie...

w DD jakos długo nie posiedziałyśmy, bo towarzystwo, które było na "dokładkę" jakies takie było, że mu się śpieszyło (nie wiedzieć na co)... nieważne. w każdym razie o 7.30pm byłyśmy z powrotem w Copernicus Center. a tam na scenie "rozgrzewał" publikę jakiś DJ Bartek... no porażka. gościu puszczający marne przeróbki z komputera, co akurat mało kogo chyba interesowało. Już bardziej się publika rozgrzewała w barze w lobby...

SMS-owałam z kolegą, który robił foty tego dnia i sterczał gdzieś tam pod sceną - za kulisami, i z jego info wynikało, że Chylińska jak dobrze pójdzie to na scenie pojawi się o 8.30pm...Więc nie wiem po co się było z tego DD śpieszyć...

Gdzięś tak koło 8pm ten DJ na scenie poinformował, że rzeczywiście Chylińska to może sie pojawi o 8.30 a może nawet o 9pm.... no ludzie się wkurwili. Ile można pić w barze. Półtorej godziny opóźnienia, a w dodatku zero informacji od organizatorów, to już przesada.

Jakoś tak o 8pm wyszła na scenę kobieta z Copernicusa i powiedziała, że to opóźnienie, to nie ich wina, tylko organizatora. W tym momencie na scenę wkroczył Pan Organizator - jak się okazało brat Chylińskiej - i z pretensjami do ludzi na widowni, że jest piątek, że są korki i o co w ogóle to niezadowolenie - a wszystko przetykane słowami "kurwa" - w stylu: "no kurwa piątek jest"....

kultura,co... generalnie to ja bym wyszła w tym momencie mając w 4-literach cały ten koncert. Ale Tereska - nie, czekamy. Poza tym pilnowałam koledze od fot plecaka ze sprzętem, bo nawet nie miał gdzie zostawić...

Ale reszta publiczności już tak spokojna nie była jak my. Ludzie generalnie zaczęli krzyczeć do tego na scenie, że ma się z niej zabierać z tymi swoimi tekstami - tym bardziej, że na widowni były dzieci!. No i dało się też słyszeć hasła, żeby oddał kasę za bilety...

W końcu ktoś go ściągnął ze sceny. Generalnie to Pan Organizator mieszkający w Chicago nie przewidział, że w piątek mogą być korki i trzeba szybciej wyjechać, żeby zdążyć na koncert.... no gratulujemy normalnie.

Ale to jeszcze nie był hit wieczoru. Bo po nim na scenę wróciła pani z Copernicusa i powiedziała, że teraz wszyscy mają duży discount na napoje alkoholowe w barze... Ludzie na prawdę się wkurwili. Przecież pszyszli tam na koncert.

Łaskawie Agnieszka Chylińska wyszła na scenę po 8pm. Zagrała średnio.Tylko materiał ze swojej ostatniej płyty. Dość monotonne odtwarzanie piosenki za piosenką, przetykane jakimiś wypowiadanymi przez nią tekstami ze sceny, plus 3 covery. Nudno.

Całość skończyła się po niecałej godzinie.

Generalnie szkoda $30 wydanych na bilet, co tylko potwierdza moją teorię. Na prawdę wolę DARMOWE koncerty w Parku Milenijnym na przykład, które są o wiele ciekawsze i organizacyjnie stoją na o wiele wyższym poziomie...

Poniżej foto kolegi, bo ja zdjęć nie robiłam - jakby ktoś chciał zobaczyć Chylińską, która się przefarbowała na blond.

chylinska

poniedziałek, 05 marca 2012
no i dopadło mnie też...

choróbsko. zima jaka jest - każdy w chicago widzi. w zasadzie nijaka. ani to zima, ani wiosna ani nie wiadomo co. wszyscy ciągle chorzy. a ja zakupiłam sobie Echinaceę we wrześniu i łykam i się chwalę, że nic mnie nie dopada.no, chwaliłam się...

w ubiegły poniedziałek musiałam pojechać wieczorem do Loop. wiało. czułam jak wiało zimnem. no i coś mi z tym wiatrem przywiało. od wtorku było tylko gorzej i gorzej. a kumulacja przypadła na piątek, kiedy to musiałam rano pojechać do Hyde Park'u, taka dzielnica nad jeziorem, na południu chicago. podróżowanie dwoma autobusami i pociągiem z gorączką nie jest najlepszym wyjściem. ale co zrobić. miałam o 9.30 ważne spotkanie, na które czekałam od października!

najlepsza jazda była w autobusie z downtown do hyde parku. najpierw poszłam w przeciwnym kierunku. autobus, który potrzebowałam, to taka nieco przyśpieszona linii i nie na wszystkich przystankach staje. więc miała dodatkowy spacer w wietrznym i zimnym o 9 rano downtown... ale w końcu wsiadłam do "1". za kierownicą starszy murzyn. pytam się go, czy jedzie do 3510 S. Michigan - z mapy wynikało, że jedzie, ale ja tam wolę się zawsze upewnić. gościu mówi, że tak. no to ja zadowolona siadam. i jedziemy. poza mną w autobusie może ze 3 osoby jeszcze. o tej porze to większość raczej w odwortnym kierunku jedzie... no więc jedziemy sobie i jedziemy i nagle na wyświetlaczu w środku autobusu, na którym pojawiają sie nazwy przystanków, wyświetliło się "1510 S. Michigan". i co ja zrobiłam? wysiadłam.... nie wiem dlaczego... kierowca się zatrzymał, popatrzył za mną i woła mnie przez otwarte drzwi: "-a ty nie pytałaś o 3510?".

wsiadam z powrotem... pukając się w głowę. kierowca do mnie: "-czy ty jedziesz do kwatery głównej policji?". ja: "tak". no to on z uśmiechem: "wiesz co, to ja ci powiem gdzie masz wysiąść".

no i wysadził mnie prawie pod samymi drzwiami policji... na szczęście udało mi się tam wejśc i zameldować na recepcji bez przeszkód i dziwnego zachowania... sukces kurna jak na mnie w tym dniu. ale nie ma tak łatwo...

odsiedziałam swoje na recepcji, w poczekalni. i wreszcie przyszła po mnie pani, która miała przyjśc i pojechaliśmy - bo jeszcze kolega się pojawił - na 4 pietro. tam miałam do załatwienia jedną rzecz,która normalnie zajmuje 5 minut... ale w moim przypadku zajęła... półtorej godziny!!! bo... zepsuł się komputer...

siedziałam więc półtorej godziny tam i czułam jak moja gorączka się podnosi. dobrze, że wzięłam ze sobą wodę! wreszcie po półtorej godzinie udało się.

idealnie by było, gdybym mogła stamtąd wyjść i pojechać do domu, ale niestety musiałam pojechać do pracy. pogoda tymczasem się jeszcze pogorszyła i oprócz wiatru na dokładkę była też mżawka. więc najpierw mnie nieźle przewiało na stacji, kiedy czekałam na kolejkę, a potem odstaliśmy swoje, bo okazało się, że na czerwonej linii kolejki był jakiś wypadek i wszystkie "czerwone" pociągi jechały na powierzchni, zajmując linie kolejkom, które normalnie tam kursują (czerwona jeżdzi pod ziemią) przez co wszystko było opóźnione...

soboty przez to nie pamiętam,bo przeleżałam całą w łóżku w stanie nie najlepszym, a niedziela podobnie. trochę wieczorem mi się polepszyło,ale kiedyś kurna musiało jak się nałykałam tyle tabletek! przezornie w czwartek nabyłam w Walgreensie wszystko, co było mozliwe na Cold/Flu i nawet po raz pierwszy pani przy kasie poprosiłamnie o ID...

i tylko w takich chwilach to chciałabym sobie chorować w domu u mamy i taty... no ale cóż.

tymczasem dziś też zaliczyłam zdziwko, bo wyglądam sobie przez okno popołudniu, jak wstałam, a tu śnieg...

dziś też swoje urodziny obchodziło Chicago. 175! jeszcze przez godzinę i 13 minut można Chicago składać życzenia "Happy B-Day" :)

zdrówka wszystkim!

piątek, 10 lutego 2012
nightmare came true

niewątpliwie to, co mi się przytrafiło, jest jednym z tych koszmarów, których się boję w życiu... zawsze, ale to zawsze jak jadę tutaj którąś z autostrad, to zawsze się boję, że strzeli opona... no taką mam obsesje, bo samochody tu popylaja nieźle szybko...

no i mój strach o tę oponę stał się ostatnio realny. niespodziewanie, jak to w życiu bywa. Pędziliśmy z Panem Prezesem po Kennedy Expressway we wtorek, nadrabiajac stracone minuty w drodze z Blue Island (IL) do Rosemont. zagadaliśmy się. pamiętam, że minęliśmy Harlem Ave. i  na liczniku już było w okolicach 70 mil na godzinę. a pomykaliśmy pasem najbliżej środka, czyli betonowych bloków, które oddzielają pasy dla przeciwległcyh kierunków. pamiętam tylko, że zdążyłam zwrócić kierowcy uwagę, że znów nie zapiął pasów i puuuf..... taki gluch dźwięk, trochę efekt taki, jakbyśmy po czymś przejechali, ale droga była pusta przecież... zero panowania nad samochodem, który zaczął "pływać". najgorsza była wizja tego betonu po lewej i truck za nami, który kompletnie nie zwolnił nawet. obok też mykały samochody i to wcale nie wolniej niż my...

ja pierdziele, nie życzę nikomu! uratowało mnie to, że prowadził najlepszy kierowca świata (no, numer 2 po moim tacie, ale w czołówce - jakby nie było). zatrzymaliśmy się tuż przy betonie, po lewej stronie. może bym się tak nie bała, gdyby to był jakiś czołg w typie SUV... ale to było małe czerwone porshe.... jakbyśmy przywalili w ten beton, albo wjechali pod tego trucka co za nami był, to nie byłoby wesoło.

zresztą nawet zatrzymanie się po tej lewej stronie nie było wesołe. wiem, powinnam wysiąść i usiąść na tym betonie - takie ponoć są zasady, żeby nie siedzieć w samochodzie, jak na wyciągnięcie palca od niego popylają inni tak, że tylko słychać świst i tyle... ale było w cholere zimna, bo to późno w nocy...

na szczęście po około 10 minutach podjechał do nas ten truck, którym jeżdżą ci "miastowi" goście od takich przypadków jak nasz. nie wiem jak się oficjalnie ta służba nazywa. jednakże kierowca tego trucka, akurat murzyn, stwierdził, że na tym wąskim pasku przy betonie to na pewno nie zmienimy tego koła. włączył więc te swoje świetlne i dź wiekowe sygnały i powoli zatrzymał ruch, tak, że przed nim przejechaliśmy te 4 czy pięć pasów i zjechaliśmy - sżczęście, że tam był zjazd! zmiana koła to było kilka minut... i dalej w drogę...

zrobiłam fotę z końcówki zmiany koła. telefonem. trochę mi się trzęsły ręce ale to z zimna już chyba

porszaczek

a to oponka,która sobie pękła, równo tak dookoła:

5

sobota, 21 stycznia 2012
biała historyjka

no to zima jednak jest w Chicago. choć trochę w TV przesadzili. straszyli, jakby co najmniej miało nas zapadać tym śniegiem po dachy domów... trochę mnie ilość rozczarowała muszę przyznać. bo z opisów i "winter advisories" to liczyłam, że będzie niezła zamieć... ;)

ale ja nie o tym chciałam. poszłam w czwartek wieczorem po zakupy, bo pomyślałam, że jak w piątek zacznie padać ten śnieg, to na pewno mi się nie będzie chciało z siatami popylać.

więc stoję w sklepie już do kasy sobie. nie było tłumów. przede mną jeden gościu, w średnim wieku, latynos, ale mówi po angielsku. chłopak kasuje, dziewczyna pomaga pakować zakupy. w pewnym momencie dziewczyna podnosi galon mleka i pyta się mężczyzny, czy chce to do siatki czy bez? a gościu tak naturalnie do niej: - nie, wypiję na miejscu ...

chwila konsternacji i śmiech.

nie mogłam się powstrzymać i zapytałam go jak długo mu zajmie wypicie tego "na miejscu". a on do mnie: - od drzwi sklepu do samochodu. dystans spacerkiem :)

żartował. ale powiedział to tak naturalnie, że żart mu się udał. rozbawił kilka osób dookoła. takie historyjki lubię :)

tymczasem zima. poszłam przed północą na mały spacer. wtedy jest spokojnie i cicho. kilka fot poniżej.

wtorek, 13 grudnia 2011
Merry Christmas Charlie Brown!

w niedzielnych wiadomościach na kanale ABC 7 zapowiedzieli, że możliwość opadów śniegu na święta wynosi na dzień dzisiejszy 25 procent.... i nie widać, żeby się zmieniło... dziś temperatura w ciągu dnia powyżej 40F.... zaczynam się czuć jak nie w stanie Illinois! nie powiem, żebym tęskniła za śniegiem i zimnem, a tu potrafi być zimno. ale jakoś tak dziwnie się czuję, jak sobie idę w grudniu chodnikiem, w Chicago, a śniegu nie ma. odkąd pamiętam, to 1 grudnia był granicą pomiedzy ciepłą jesienią, a zawaleniem nas śniegiem. zawsze padało! najpóźniej 3-go, ale na początku grudnia zawsze. a tu spadło w ubiegły czwartek trochę i to na razie tyle...

snow

Święta tymczasem nadchodzą wielkimi krokami, co widać głównie po tłumach w sklepach. wybrałam się w niedzielę do downtown z Gosią i jej bratankami. i wpakowaliśmy się w oko cyklonu wybierając do odwiedzenia Christkindle Market na Daley Plaza i Macy's na State. bynajmniej nie w celach zakupowych - tym różniliśmy się od tłumów popylających z siatami.

Na Daley Plaza nie dopchaliśmy się niestety do Mikołaja. Ale na szczęście chłopakom nie było aż tak bardzo żal. Poszliśmy do Macy's pooglądać ruchome wystawy - na zewnątrz, a później w środku namierzyć choinkę.... ale ludzi się tam przewalało... w niedzielę... w sumie smutne. ale tak to już bywa. nie wiem, może jakbym miała kilka setek $$$ do wydania, to też bym tak latała... chociaż jakoś siebie w tym nie widzę.

setek wprawdzie nie mam. ale wydałam dziś całe $9.90 na moje świąteczne drzewko :) zawsze lubiłam choinkę. i w domu w Tarnowskich Górach stała i staje co roku duża, a nawet kilka dużych. ale tutaj nie mam za bardzo miejsca na choinkę. no i nie zawsze było nawet jak ją kupić...

a w tym roku wypatrzyłam w Walgreensie pudełko trójkątne z napisem "Charlie Brown's Christmas Tree". są dwie wersje - większe (24 cale) i mniejsze (14 cali). Moje to wersja większa ;) ale nie mogłam się oprzeć! pod drzewkiem stoi już kilka drobiazgów, które pewnie inni nazwali by śmieciami, ale mi się przyplątały podarowane, albo jako wspomnienie różnych wydarzeń i osób. więc to chyba dobre miejsce dla nich.

poza tym nic nie będę kupować ani za niczym biegać.może tylko kilka tradycyjnych przysmaków na Wigilię postaram się upolować, choć Luis i tak będzie kręcił nad nimi swoim króliczym nosem z niezadowolenia. dla Luisa będzie więc sałata :)

no więc chyba mogę zacząć już powoli świętować :)

a tak to moje drzewko wygląda:

100_4805



tu update spod drzewka:

 

100_4810

niedziela, 20 listopada 2011
idą święta...

idą idą... na razie w czwartek najbliższy jedyne moje ulubione święto tutaj, czyli Thanksgiving. szkoda tylko,że od kilku już lat spędzam je samotnie, bo nikomu nie zależy, żeby świętować. ale narzekać nie będę. czekam na ulubioną paradę, która chyba nigdy mi się nie znudzi ;)

tymczasem moi sąsiedzi już rozwieszają świąteczne dekoracje.od kilku dni łatwiej mi trafić kluczem w zamek u drzwi po ciemku, bo mam niedaleko to:

neig

zrobione telefonem więc nie najlepszej jakości, ale na spacer z aparatem poczekam, aż ich więcej przybędzie ;)

oficjalnie sezon świąteczny w Chicago rozpoczyna co roku Magnificent Mile Lights Festival na Michigan Ave. i zapalenie światełek na oficjalnej choince. Pierwsza impreza miała już miejsce wczoraj. Od rana na Michigan Ave. odbywały się różne imprezy i koncerty, a wieczorem przemaszerowała parada z bohaterami kreskówek Disneya i zapalono światełka na drzewach na Michigan Ave. właśnie. impreza głównie dla dzieci, a że ulica ta to jeden wielki targ próżności ze sklepami wszystkich możliwych marek i projekatntów, więc generalnie rozpoczął się sezon zakupów.

Parada jest głównie atrakcją dla dzieciaków, ale ja choć nieco stara jestem, to nigdy Myszki Miki na żywo nie widziałam więc postanowiłam spróbować. A do tego dzień był wyjątkowo ciepły jak na listopad i wieczór też. Nawet żal było w domu siedzieć!

Niestety ta fajna pogoda sprawiła też, że podobnie jak ja pomyślało jeszcze około pół miliona ludzi, a drugie pół zgodnie z coroczną tradycją przyszło z dziećmi. Tłok był więc niesamowity. a jeszcze większośc rodziców posadziła dzieciaki na ramionach więc nie było sensu stać w tym tłumie, bo i tak do zdjęć mało co było widać. więc foty tylko tyle i to nienajlepszych. ale Myszkę Miki na żywo wreszcie widziałam ;)

starczyło jeszcze wieczorem czasu na przechadzkę po downtown.

chi

chi

teraz pozostało już tylko oficjalne zapalenie światełek na oficjalnej choince Chicago przy Dalej Plaza - to będzie w środę przed Thanksgiving. I koncerty kolęd i piosenek świątecznych w cieniu "Fasolki". a potem święta, nowy rok jakoś miną i będę czekać na wiosnę.

a! i w Parku Milenijnym działa już lodowisko :)

wtorek, 15 listopada 2011
wojna wcale nie jest tam daleko...

gdzieś tak koło południa usłyszałam jak nad głową latają mi helikoptery. precyzując to nad domem. i pomyślałam, że coś się musiało stać. te helikoptery to zawsze wywołują niepokój. zazwyczaj to stacje telewizyjne filmują z góry jak coś się dzieje. ale zamiast wiadomości, to o 11 włączyłam talk show Andersona Coopera. tyle, że przed 12 musiałam wyjśc, bo umówiłam się z G.

no i wyszłam. idę i widzę, że w oddali na Belmont jakiś tłum stoi na chodniku. ale, że to daleko, a wzrok już nie ten, to szczegółów nie widzę. myślę sobie - no tak. wypadek albo coś. ale dużo tych ludzi mi się wydaje...

no i dochodzę do Belmont, a w miezyczasie dzwoni G. i już wszystko wiem...

uczniowie z pobliskiej szkoły średniej imienia św. Patryka stoją wzdłuż chodnika przy szkole. każdy z nich (chłopaki - bo to szkoła męska) trzyma w ręku flagę. czekają. do tego wszystkie stacje telewizyjne z rozstawionym sprzętem. na przeciwko szkoły Patryka, na chodniku stoją dziewczyny ze szkoły Notre Dame, no i mieszkańcy...

a powód?

za kilka minut przejedzie kondukt żałobny. kilka dni temu w Afganistanie zginął 25-letni kapral Nickolas Daniels. był uczniem st. Patrick High School - teraz uczy się tam jego młodszy brat. a do tego pracował w tej szkole jako trener drużyny futbolowej. w Afganistanie zginął zaledwie po 6 tygodniach służby...

kondukt wyjechał z domu pogrzebowego przy Belmont/Oak Park, pojechał pod dom zabitego żołnierza, pod jego szkołę podstawową, przejechał obok szkoły średniej i pojechał na cmentarz....

smutne to było. kolejna niepotrzebna śmierć...

sobota, 12 listopada 2011
leżał sobie człowiek...

jeśli kiedyś coś mi się stanie i przewrócę się na chodniku, to mam nadzieje, że będzie tamtędy przechodziła moja koleżanka Gosia!!! jeśli nie, to marne szanse, że przeżyję. skąd taki wniosek?

z dziś :(

nie, nie przewróciłam się na chodniku. ale o 11 rano umówiłam się z Gosią na skrzyzowaniu Belmont/Central. bardzo ruchliwym skrzyżowaniu, gdzie pełno jest nie tylko samochodów ale i ludzi. miałysmy razem wyruszyć do Dunkin Donuts.

kiedy dochodziłam do skrzyżowania, to widzę, że Gosia już tam stoi. po drugiej stronie. zielone światło się pali, a ona nie przechodzi. myślę sobie, że może się zagapiła czy coś. ale dostrzegła mnie. po chwili przeszła. i mówi, że po tamtej stronie gdzie stała leży jakiś gościu nieprzytomny, na chodniku. żebyśmy mu pomogły. ona się bała, że go nie zrozumie jeśli nawet coś do niego powie, a on odpowie. choć na to były małe szanse. idziemy więc w kierunku tego gościa.

mężczyzna. raczej wyglądał na Latynosa. starszy. leżał tak, że nogi wystawały mu na ulicę. obok niego przeszło może z 10 osób, nim ja z Gosią tam doszłam. NIKT nie zareagował. z samochodów ludzie się oglądali i głupio uśmiechali.... ZERO reakcji. wiem - wyglądał na pijanego.... ale tego nigdy nie można być pewnym...

próbowałyśmy jakoś nawiązać z nim kontakt. zero.  po prostu nieprzytomny... nie wiem jak długo tam leżał, wciśnięty pomiędzy ławeczkę - bo tam był kiedyś przystanek autobusowy, a taki transformator z prądem. nogi wystawały mu na ulicę. bałyśmy się, że ktoś w końcu podjedzie za blisko chodnika i przejedzie mu po tych nogach...

ludzie dalej chodzili do okoła i nic. ze dwie starsze Meksykanki jedynie zatrzymały się jak tam stałysmy i spytały, czy on żyje. żył, bo oddychał. potem podszedł jedynie jakiś starszy gościu o lasce, kiedy już zadzwoniłam pod 911 i spytał czy wezwałyśmy pomoc.

karetka przyjechała po minucie może. zabrali gościa... chyba był pijany, ale w takim stanie, że mało już tam do niego dochodziło...

jak już pojawiło się pogotowie, to oczywiście zaraz zbiegli się gapie, z lokalu obok, z ulicy, ze sklepów.bo to sensacja, no nie...

gościu prawdopodobnie będzie ok...

kiedy zabrało go pogotowie poszłyśmy z Gosią w swoją stronę. po drugiej stronie skrzyzowania na przystanku czekał na autobus mężczyzna o lasce. powiedziałyśmy mu, że ten co tam leżał będzie ok. gościu do nas w odpowiedzi: mam nadzieję.

wszystko w życiu trzeba przeżyć. telefon na 911 też. byle nie za często.

żal mi tylko tych twarzy, co się głupio śmiały przejeżdżając w swoich samochodach gościowi prawie po nogach... żal mi was ludzie. na prawdę!

 
1 , 2
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:

Bookmark and Share